Artur Oppman Zlota kaczka ****************** Byl sobie szewczyk warszawski. Nazywal sie Lutek. Dobre bylo chlopczysko, wesole, pracowite, ale biedny jak ta mysz koscielna. Pracowal ci on u jednego majstra na Starym Miescie. Ale cóz? Majster jak majster, grosz zbieral do grosza, z groszy ciulal talary, a u chlopaka bieda az piszczy. Niby mu jesc dawal. Boze, zmiluj sie: wodzianka, kartofle - i tyle! I odzial go, ale ta przyodziewka spadala z Lutka, boc to stare ubranie majstrowskie. Dosc, ze w takim stanie i pies by nie wytrzymal, a cóz dopiero czlowiek! Az kiedys poszedl Lutek na kolacje do jednego czeladnika. Jedza, pija, gawedza. Ni z tego, ni z owego, o bajkach sie zaczyna, o takich podaniach warszawskich. I mówi jeden stary szewc: - Ho! Ho! U nas w Warszawie i o pieniadz latwo, i o slawe, tylko trzeba miec odwage i rozum we lbie, jak sie patrzy! Zaciekawil sie Lutek i pyta: - Mówcie, co takiego? - Ano nic - rzeknie szewc - w podziemiach starego zamku jest królewna taka, zakleta w zlota kaczke. Kto do niej trafi, kto ja zlapie - wygral! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyc, jak sie stac moznym bogaczem, magnatem! - I gdzie to, mówicie? - Na Ordynackiej, w lochach starego zamczyska. - A kiedy? - W Noc Swietojanska. Zapamietal to sobie nasz Lutek, a do Nocy Swietojanskiej trzy dni trzeba bylo czekac, nie wiecej. Wieczór spadl na gwarna Warszawe, gwiazdzisty, cieply, czerwcowy. Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskim Przedmiesciem, Nowym Swiatem, wszedl w Ordynacka, przezegnal sie: juz blisko! Idzie w dól Tamka, bo tam wlasnie jest wejscie do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, ale cos mu nieswojo. Nie to, zeby sie bal: niech Bóg broni! Ale trudno! Raz sie zdecydowal, wejsc trzeba! Od Tamki okienka nad ulica dosc nisko, szyb nie ma, tylko kraty, ale taki chudzielec jak waz sie przecisnie. Jazda! Wdrapal sie po wystajacych ceglach do okna, raz-dwa-trzy! W imie Ojca i Syna, i Ducha Swietego! Wszedl do srodka. Ciemno! Zapalil swieczke i idzie. Korytarz dlugi, waski, krety, prowadzi nizej i nizej. Az ci dopiero po kwadransie takiej drogi wszedl szewczyk do piwnicy wielkiej, z jeziorkiem jakims posrodku. Przy mdlym swiatelku swieczki, która trzymal w reku, obaczyl Lutek jeziorko, a na nim - Boze drogi! Prawde mówil stary szewc: zlota kaczka plywa, piórkami szelesci. - Tas, tas! Kaczuchno! I nagle z kaczki czyni sie przecudna dziewica - królewna. Wlosy zlote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, ze - klekajcie narody! - Czego chcesz ode mnie, chlopczyku? - Jasnie wielmozna królewno - Lutek powiada - nic ci ja nie chce. Zrobie to, co ty rozkazesz. - Dobrze - odpowie ksiezniczka - tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na swiecie nie ma i miec nie bedzie, panem bedziesz, bogaczem, jesli spelnisz - co do joty - to, co powiem. - Slucham, jasnie wielmozna! - Oto masz kieske, w niej sto dukatów. Przez dzien jutrzejszy musisz je wydac, ale tylko na wlasne potrzeby, dla siebie samego. Nic ci z tego zlota dac nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! - Ha! Ha! Ha! - zasmieje sie Lutek - I cóz to trudnego? Bede jadl, bede pil, bede sie bawil! Wydam sto dukatów, a co potem? - A potem skarby niezmierzone beda stac przed toba otworem! Ale pamietaj - ani grosza nikomu! - Zgoda, królewno! Daj kieske! Ksiezniczka kieske Lutkowi wreczyla, zasmiala sie jakos dziwnie - i znikla. Strach przejal szewczyka. Ledwo sie do okna dogramolil, wyszedl na ulice i smyrgnal na Stare Miasto. Nazajutrz rano wyrusza Lutek do miasta. - Co tu zrobic najpierw? - mysli sobie - Chyba sie odziac jak panicz. Poszedl do sklepu z odzieza, kupil sobie kapelusz, ubranie. Szyk! Prawdziwy hrabia! Idzie, pogwizduje, laseczka macha, bo i laseczke sobie sprawil, nie wie co robic dalej. Nie taka to latwa sprawa wydac sto dukatów! - Sto dukatów! Dla siebie samego! Ha! Trzeba pomyslec. A ze to byl juz jakas dziesiata godzina, jesc mu sie strasznie zachcialo. Wstapil do gospody. Kaze sobie dac kielbasy, bulek. Je, je, az mu sie uszy trzesa. Najadl sie tak, ze mu chyba na trzy dni wystarczy. - Ile sie nalezy? - Dwa zlote. - Dwa zlote? Nie wiecej? - Dwa zlote, paniczu, i przydaloby sie z dziesiec groszy napiwku. Wydajze tu sto dukatów, badz madry! Ano trudno. Pomyslimy. Pojechal konmi do Wilanowa. Bryczke wynajal, koni czwórka, pocztylion gra na trabce. Uciecha. Przyjechal. Dal dukata odzwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzyl sie, poludnie juz minelo. Pora wracac! I znów jest w Warszawie. Co robic? Gdzie wydac pieniadze, bo wydal niespelna piec dukatów. Spojrzal. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. - Nie ma co! Chodzmy do teatru! W teatrze zabawil sie setnie. Nie byl w nim jeszcze nigdy. Bo i jak? Rzecz droga: miejsce dwa zlote. Wysmial sie, ucieszyl, wychodzi. Pózna juz pora. Czasu do wydania pieniedzy niewiele, a Bóg swiadkiem - nie wie Lutek, co z nimi zrobic. Idzie, rozmysla. A gdy tak idzie, na rogu zaulka starzec stoi zgarbiony. - Panie, - powiada - drugi dzien mija, gdy nic w ustach nie mialem. Ja stary zolnierz, paniczu, poratuj mnie! Spojrzal Lutek na starca - inwalida bez reki, a na piersi blyszcza mu wstazeczki orderowe: Legia Honorowa i Virtuti Militari. Siegnal do kieszeni, wyjal garsc zlota i dal starcowi. - Bóg-ze ci zaplac! Bedziesz szczesliwy i bogaty! Blysnelo! Zagrzmialo! Mignela przed oczami Lutka ksiezniczka zakleta. - Nie dotrzymales obietnicy, nie na siebie wydales pieniadze! I znikla. Rozejrzy sie szewczyk. Staruszek stoi, jak stal poprzednio i rzecze: - Nie dukat, paniczu, daje szczescie i zdrowie. Powrócil Lutek do domu wesól i rad. Obudzil sie rano bez grosza w kieszeni. Wydal na siebie z dziesiec dukatów, a reszte oddal starcowi, ale tez od tego czasu wiodlo mu sie, jak nigdy. Niebawem zostal majstrem, ozenil sie z panienka piekna i zacna, dzieci wychowal i zyl dlugie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczesciu. A o zlotej kaczce sluch zaginal. I dzieki Bogu! Bo zla to musiala byc boginka, kiedy za warunek stawiala: sobie, nikomu innemu.