Pan Cogito obserwuje w lustrze swoji twarzKto pisaŸ nasze twarze na pewno ospa kaligraficznym pi¢rem znaczic swoje „o¤lecz po kim mam podw¢jny podbr¢dekpo jakim 'arŸoku gdy caŸa moja duszawzdychaŸa do ascezy dlaczego oczyosadzone tak blisko wszak to on nie jawypatrywaŸ wƒr¢d chaszczy najazdu Wened¢wuszy zbyt odstajice dwie muszle ze sk¢ryzapewne spadek po praszczurze kt¢ry ŸowiŸ echo dudniicego pochodu mamut¢w przez stepyczoŸo niezbyt wysokie myƒli bardzo maŸo - kobiety zŸoto ziemia nie da› si‚ strici› z konia - ksii'‚ myƒlaŸ za nich a wiatr ni¢sŸ po drogachdarli palcami mury i nagle z wielkim krzykiemspadali w pr¢'ni‚ by powr¢ci› we mnie a przecie' kupowaŸem w salonach sztuki pudry mikstury maƒcie szminki na szlachetnoƒ› przykŸadaŸem do oczu marmur ziele¤ Veronese`a Mozartem nacieraŸem uszy doskonaliŸem nozdrza wonii starych ksii'ekprzed lustrem twarz odziedziczoniworek gdzie fermentuji dawne mi‚sa'idze i grzechy ƒredniowieczne paleolityczny gŸ¢d i strachjabŸko upada przy jabŸoniw Ÿa¤cuch gatunk¢w spi‚te ciaŸo tak to przegraŸem turniej z twarzi O dwu nogach Pana CogitoLewa noga normalnarzekŸbyƒ optymistycznatroch‚ przykr¢tkachŸopi‚caw uƒmiechach mi‚ƒniz dobrze modelowani Ÿydkiprawapo'al si‚ Bo'e -chudaz dwiema bliznamijedni wzdŸu' ƒci‚gna Achillesadrugi owalniblador¢'owisromotni pamiitki ucieczkilewa skŸonna do podskok¢wtanecznazbyt kochajica 'ycie'eby si‚ nara'a›prawaszlachetnie sztywna drwiica z niebezpiecze¤stwatak otona obu nogachlewej kt¢ri przyr¢wna› mo'na do Sancho Pansai prawejprzypominajicej bŸ‚dnego rycerzaidziePan Cogitoprzez ƒwiat zataczajic si‚ lekko Rozmyƒlania o ojcuJego twarz groŒna w chmurze nad wodami dzieci¤stwa(tak rzadko trzymaŸ w r‚ku moji ciepŸi gŸow‚)podany do wierzenia win nie przebaczajicykarczowaŸ bowiem lasy i prostowaŸ ƒcie'kiwysoko ni¢sŸ latarni‚ gdy weszliƒmy w nocmyƒlaŸem 'e usiid‚ po jego prawicyi rozdziela› b‚dziemy ƒwiatŸo od ciemnoƒcii sidzi› naszych 'ywych - staŸo si‚ inaczejtron jego wi¢zŸ na w¢zku sprzedawca starzyznyi hipoteczny wyciig map‚ naszych wŸoƒciurodziŸ si‚ po raz drugi drobny bardzo kruchyo sk¢rze przeŒroczystej chrzistkach bardzo nikŸychpomniejszaŸ swoje ciaŸo abym m¢gŸ je przyji›w niewa'nym miejscu jest cie¤ pod kamieniemon sam roƒnie we mnie jemy nasze kl‚skiwybuchamy ƒmiechemgdy m¢wii jak maŸo trzebaaby si‚ pojedna› Matka UpadŸ z jej kolan jak kŸ‚bek wŸ¢czki. RozwijaŸ si‚ w poƒpiechu i uciekaŸ na oƒlep.TrzymaŸa poczitek 'ycia. OwijaŸa na palec serdeczny jak pierƒcionek, chciaŸa uchroni›.ToczyŸ si‚ po ostrych pochyŸoƒciach, czasem piiŸ si‚ pod g¢r‚. PrzychodziŸ splitany imilczaŸ. Nigdy ju' nie powr¢ci na sŸodki tron jej kolan. Wyciigni‚te r‚ce ƒwieci w ciemnoƒci jak stare miasto. Pan Cogito myƒli o powrocie do rodzinnego miastaGdybym tam wr¢ciŸpewnie bym nie zastaŸani jednego cienia z domu megoani drzew dzieci¤stwa ani krzy'a z 'elazni tabliczkiŸawki na kt¢rej szeptaŸem zakl‚ciakasztany i krew ani te' 'adnej rzeczy kt¢ra nasza jestwszystko co ocalaŸoto pŸyta kamiennaz kredowym koŸemstoj‚ w ƒrodkuna jednej nodzena moment przed skokiemnie mog‚ urosni›cho› mijaji lataa w g¢rze hucziplanety i wojnystoj‚ w ƒrodkunieruchomy jak pomnikna jednej nodzeprzed skokiem w ostatecznoƒ›kredowe koŸo rudziejetak jak stara krewwok¢Ÿ rosni kopczykipopioŸudo ramiondo ust Pan Cogito rozmyƒla o cierpieniuWszystkie pr¢by oddaleniatak zwanego kielicha goryczy -przez refleksj‚ op‚ta¤czi akcj‚ na rzecz bezdomnych kot¢wgŸ‚boki oddechreligi‚ -zawiodŸynale'y zgodzi› si‚pochyli› Ÿagodnie gŸow‚nie zaŸamywa› rikposŸugiwa› si‚ cierpieniem w miar‚ Ÿagodniejak protezibez faŸszywego wstyduale tak'e bez pychynie wywija› kikutemnad gŸowami innychnie stuka› biaŸi laskiw okna sytychpi› wyciig gorzkich zi¢Ÿale nie do dnazostawi› przezorniepar‚ Ÿyk¢w na przyszŸoƒ›przyji›ale r¢wnoczeƒniewyodr‚bni› w sobiei jeƒli to jest mo'liwestworzy› z materii cierpieniarzecz albo osob‚gra›z nimoczywiƒciegra›bawi› si‚ z nimbardzo ostro'nie jak z chorym dzieckiemwymuszajic w ko¤cugŸupimi sztuczkaminikŸyuƒmiech Przepaƒ› Pana CogitoW domu zawsze bezpiecznieale zaraz za progiemgdy rankiem Pan Cogito wychodzi na spacernapotyka - przepaƒ›nie jest to przepaƒ› Pascalanie jest to przepaƒ› Dostojewskiegojest to przepaƒ›na miar‚ Pana Cogitodni bezdennedni budzice groz‚idzie za nim jak cie¤przystaje przed piekarniiw parku przez rami‚ Pana Cogitoczyta z nim gazet‚ucii'liwa jak egzemaprzywiizana jak piesza pŸytka 'eby pochŸon‚ŸagŸow‚ r‚ce i nogikiedyƒ by› mo'eprzepaƒ› wyroƒnieprzepaƒ› dojrzejei b‚dzie powa'na'eby tylko wiedzie›jaki pije wod‚jakim karmi› ja ziarnem terazPan Cogitom¢gŸby zebra›par‚ garƒci piaskuzasypa› jiale nie czyni tegowi‚c kiedy wraca do domuzostawia przepaƒ›za progiemprzykrywajic staranniekawaŸkiem starej materii Pan Cogito a myƒl czystaStara si‚ Pan Cogitoosiigni› myƒl czysti przynajmniej przed zaƒni‚ciemlecz samo ju' staranienosi zarodek kl‚skiwi‚c kiedy dochodzido stanu 'e myƒl jest jak wodawielka i czysta wodaprzy oboj‚tnym brzegu marszczy si‚ nagle wodai fala przynosiblaszane puszkidrewnok‚pk‚ czyichƒ wŸos¢w prawd‚ rzekŸszy Pan Cogitonie jest caŸkiem bez winynie m¢gŸ oderwa›wewn‚trznego okaod skrzynki na listyw nozdrzach miaŸ zapach morzaƒwierszcze ŸaskotaŸy uchoi czuŸ pod 'ebrem palce r‚ki nieobecnejbyŸ pospolity jak inniumeblowane myƒlisk¢ra r‚ki na por‚czy krzesŸabruzda czuŸoƒcina policzkukiedyƒkiedyƒ p¢Œniejkiedy ostygnieosiignie stan satorii b‚dzie jak polecaji mistrzowiepusty izdumiewajicy Pan Cogito czyta gazet‚Na pierwszej stroniemeldunki o zabiciu 120 'oŸnierzy wojna trwaŸa dŸugo mo'na si‚ przyzwyczai› tu' obok doniesienie o sensacyjnej zbrodni z portretem mordercy oko Pana Cogito przesuwa si‚ oboj‚tnie po 'oŸnierskiej hekatombie aby zagŸ‚bi› si‚ z luboƒcii w opis codziennej makabry trzydziestoletni robotnik rolny pod wpŸywem nerwowej depresji zabiŸ swi 'on‚ i dwoje maŸych dzieci podano dokŸadnie przebieg morderstwa poŸo'enie ciaŸ i inne szczeg¢Ÿy 120 polegŸych daremnie szuka› na mapie zbyt wielka odlegŸoƒ› pokrywa ich jak d'ungla nie przemawiaji do wyobraŒni jest ich za du'o cyfra zero na ko¤cu przemienia ich w abstrakcj‚ temat do rozmyƒlania: arytmetyka wsp¢Ÿczucia Pan Cogito a ruch myƒliMyƒli chodzi po gŸowiem¢wi wyra'enie potocznewyra'enie potoczneprzecenia ruch myƒli wi‚kszoƒ› z nichstoi nieruchomopoƒrodku nudnego krajobrazuszarych pag¢rk¢wwyschŸych drzewczasem dochodzido rwicej rzeki cudzych myƒlistaji na brzeguna jednej nodzejak gŸodne czapleze smutkiemwspominaji wyschŸe Œr¢dŸakr‚ci si‚ w k¢Ÿko w poszukiwaniu ziarennie chodzibo nie zajdinie chodzibo nie ma dokidsiedzi na kamieniuzaŸamuji r‚cepod chmurnymniskimniebem czaszki Domy przedmieƒciaW jesienne bezsŸoneczne popoŸudnie Pan Cogitolubi odwiedza› brudne przedmieƒcia. Nie ma -m¢wi - czystszego Œr¢dŸa melancholii.Domy przedmieƒcia o podkri'onych oknachdomy kaszlice cichodreszcze tynkudomy o rzadkich wŸosachchorej cerzetylko kominy marzichuda skargadochodzi do brzegu lasuna brzeg wielkiej wody chciaŸbym wam wymyƒla› imiona napeŸnia› zapachem Indii ogniem Bosforu gwarem wodospad¢wdomy przedmieƒcia o zapadni‚tych skroniach domy 'ujice sk¢rk‚ chlebazimne jak sen paralitykakt¢rych schody si palmi kurzu domy stale na sprzeda'zajazdy nieszcz‚ƒciadomy kt¢re nigdy nie byŸy w teatrze szczury dom¢w przedmieƒcia zaprowadŒcie je nad brzeg oceanu niech usiidi w goricym piasku niech oglidaji noc podzwrotnikowi niech fala ich nagrodzi burzliwi owacji jak przystoi tylko zmarnowanym 'ywotom Alienacje Pana CogitoPan Cogito trzyma w ramionachciepŸi amfor‚ gŸowyreszta ciaŸa jest ukrytawidzi ji tylko dotykprzyglida si‚ ƒpiicej gŸowieobcej a peŸnej czuŸoƒcijeszcze raz stwierdza ze zdumieniem'e istnieje ktoƒ poza nimnieprzenikniony jak kamie¤o granicachkt¢re otwieraji si‚tylko na momentpotem morze wyrzucana skalisty brzeg] o wŸasnej krwiobcym ƒnieuzbrojony w swoji sk¢r‚Pan Cogito oddalaƒpiici gŸow‚ delikatnie'eby nie zostawi›na policzkuodcisk¢w palc¢wi odchodzisamotnyw wapno poƒcieli Pan Cogito obserwuje zmarŸego przyjacielaOddychaŸ ci‚'kokryzys miaŸ nastipi› w nocybyŸa dwunasta w poŸudniePan Cogito wyszedŸ na korytarzzapali› papierosaprzedtem poprawiŸ poduszk‚i uƒmiechniŸ si‚ do przyjacielaoddychaŸ ci‚'kona koŸdrzeporuszaŸy si‚jego palcekiedy powr¢ciŸnie zastaŸ ju' przyjaciela na jego miejscule'aŸo coƒ innegoz przekrzywioni gŸowii wytrzeszczonymi oczyma normalna krzitanina przybiegŸ lekarz wbiŸ strzykawk‚ kt¢ra napeŸniŸa si‚ ciemni krwiiPan CogitozaczekaŸ jeszcze chwil‚wpatrywaŸ si‚ w to co zostaŸobyŸo pustejak worekkurczyŸo si‚coraz bardziejƒciskane niewidzialnymi kleszczamimia'd'one innym czasemgdyby obr¢ciŸ si‚ w kamie¤w ci‚'ki rzeŒb‚ z marmuruoboj‚tni i godnijaka byŸaby ulgale'aŸ na wiskim przylidkuzniszczeniaoderwany od pniaporzucony jak kokon obiad talerze dzwoniŸy na AnioŸ Pa¤ski anioŸowie nie schodzili z g¢ry Upaniszady pocieszaŸykiedy mowa jegowejdzie w myƒlmyƒl w oddechoddech w 'ar'ar w najwy'sze b¢stwowtedy ju' pozna›nie mo'ewi‚c nie m¢gŸ pozna›i byŸ nieprzeniknionyz w‚zeŸkiem zgrzebnej tajemnicyu wr¢t doliny Codziennoƒ› duszy Rano myszy biegajipo gŸowiena podŸodze gŸowystrz‚py rozm¢wodpadki poematuwchodzi pokojowa muzaw niebieskim fartuchu zamiatado mego panato przychodzi lepsi goƒcie taki dajmy na to Heraklit z Efezualbo prorok Izajaszdziƒ nikt nie dzwonipan chodzi zdenerwowanym¢wi do siebiedrze niewinne papierywieczorem wychodzi w niewiadomym kierunkumuza odpina niebieski fartuchopiera Ÿokcie na parapecie wyciiga szyj‚czekana swego 'andarmaz rudymi wisami P¢Œnojesienny wiersz Pana Cogito przeznaczony dla kobiecych pismPora spadania jabŸek jeszcze liƒcie si‚ broniirankiem mgŸy coraz ci‚'sze Ÿysieje powietrzeostatnie ziarna miodu pierwsza czerwie¤ klon¢wzabity lis na polu rozstrzelana przestrze¤jabŸka zejdi na ziemi‚ pnie podejdi do oczuzatrzasni liƒcie w kufrach i odezwie si‚ drewnosŸycha› teraz wyraŒnie jak planety si‚ tocziwschodzi wysoki ksi‚'yc przyjm na oczy bielmo 'eby wywieƒ› przedmioty 'eby wywieƒ› przedmioty z ich kr¢lewskiego milczenia, trzeba albo podst‚pu, albo zbrodni. ZamarzŸi tafl‚ drzwi - roztapia pukanie zdrajcy, opuszczony na posadzk‚ kielich krzyczy jak ranny ptak, a podpalony dom gada wielom¢wnym j‚zykiem ognia, j‚zykiem zdyszanego epika, to o czym dŸugo milczaŸo Ÿ¢'ko, kufry, zasŸony. Pan Cogito rozwa'a r¢'nic‚ mi‚dzy gŸosem ludzkim a gŸosem przyrody Niezmordowana jest oracja ƒwiat¢w mog‚ to wszystko powt¢rzy› od nowa z pi¢rem odziedziczonym po g‚si i Homerze z pomniejszoni wŸ¢cznii stani› wobec 'ywioŸ¢w mog‚ to wszystko powt¢rzy› od nowa przegra r‚ka do g¢ry gardŸo sŸabsze od Œr¢dŸa nie przekrzycz‚ piasku nie zwii'‚ ƒlini metafory oka z gwiazdi i z uchem przy kamieniu z ziarnistego milczenia nie wyprowadz‚ ciszya przecie' zebraŸem tyle sŸ¢w w jednej liniidŸu'szej od wszystkich linii dŸonia zatem dŸu'szej od losuw linii wymierzonej pozalinii rozkwitajicejprostej jak odwaga linii ostatecznejlecz byŸa do zaledwie miniatura horyzontu i dalej toczi si‚ pioruny kwiat¢w oratio traw oratio chmur mamroczi ch¢ry drzew spokojnie pŸonie skaŸa ocean gasi zach¢d dzie¤ poŸyka noc i na przeŸ‚czy wiatr¢w nowe wstaje ƒwiatŸo a ranna mgŸa podnosi tarcz‚ wyspy SekwojaGotyckie wie'e z igliwia w dolinie potokuniedaleko Mount Tamalpais gdzie rankiem i wieczoremg‚sta mgŸa jak oceanu gniew i uniesieniew tym rezerwacie olbrzym¢w pokazuji przekr¢j drzewa miedziany pie¤ zachoduo sŸojach niezmiernie regularnych jak kr‚gi na wodziei ktoƒ przewrotny wpisaŸ daty ludzkiej historiical od ƒrodka pnia po'ar dalekiego Rzymu za czas¢w Neronaw poŸowie bitwa pod Hastings nocna wyprawa drakkar¢w popŸoch Anglosas¢w ƒmier› nieszcz‚snego Haroldaopowiedziana jest cyrklemi wreszcie tu' przy wybrze'u kory lidowanie Aliant¢w w NormandiiTacyt tego drzewa byŸ geometri nie znaŸ przymiotnik¢wnie znaŸ skŸadni wyra'ajicej przera'enie nie znaŸ 'adnych sŸ¢wwi‚c liczyŸ dodawaŸ lata i wieki jakby chciaŸ powiedzie› 'e nie manic poza narodzinami i ƒmiercii nic tylko narodziny i ƒmier›a wewnitrz krwawa miazga sekwoi Ci kt¢rzy przegraliCi kt¢rzy przegrali ta¤czi z dzwonkami u n¢gw kajdanach ƒmiesznych stroj¢w w pi¢rach zdechŸego orŸaunosi si‚ kurz wsp¢Ÿczucia na maŸym placykui filmowy karabin strzela Ÿagodnie i celniepodnoszi siekier‚ z blachy Ÿukiem lekkim jak brew morduji liƒcie i cieniewi‚c tylko b‚ben b‚ben huczy i przypomina dawni dum‚ i gniewoddali histori‚ i weszli w lenistwo gablotekle'i w grobowcu pod szkŸem obok wiernych kamienici kt¢rzy przegrali - sprzedaji pod paŸacem gubernatora w Santa Fe(dŸugi parterowy budynek ciepŸa spieczona ochra brizowekolumny z drzewa wystajice belki stropu na kt¢rych wisi ostry cie¤)sprzedaji paciorki amulety boga deszczu i ognia model ƒwiityni Kivaze sterczicymi w g¢r‚ dwiema sŸomkami drabiny po kt¢rej schodzi urodzajkup boga echo jest tani i milczy wymowniegdy waha si‚ na wyciigni‚tej ku namr‚ce z neolitu Pan Cogito biada nad maŸoƒcii sn¢wI sny maleji gdzie si te senne orszaki naszych babek i dziadk¢wgdy barwni jak ptaki lekkomyƒlni jak ptaki wst‚powali wysokona schody cesarskie tysiic ƒwieciŸo pajik¢wa dziadek ju' tylko oswojony z laski przyciskaŸ do bokusrebrni szpad‚ i niekochani babk‚ kt¢ra byŸa tak uprzejma'e przybraŸa dla niego twarz pierwszej miŸoƒci do nichz obŸok¢w podobnych do kŸ‚b¢w tytoniowego dymu przemawiaŸ Izajasz i widzieli jak ³wi‚ta Teresablada jak opŸatek niosŸa prawdziwy koszyk chrustuich groza byŸa wielka jak horda tatarskaa szcz‚ƒcie we ƒnie tak jak zŸoty deszczm¢j sen - dzwonek gol‚ si‚ w Ÿazience otwieram drzwiinkasent wr‚cza mi rachunek za gaz i elektrycznoƒ›nie mam pieni‚dzy wracam do Ÿazienki rozmyƒlajicnad liczbi 63,50 podnosz‚ oczy i wtedy widz‚ w lustrzetwarz moji tak realnie 'e budz‚ si‚ z krzykiemgdyby cho› raz mi si‚ przyƒniŸ czerwony kubrak katalub naszyjnik kr¢lowej byŸbym wdzi‚czny snom Pan Cogito a poeta w pewnym wieku 1Poeta w porze przekwitaniazjawisko osobliwe 2oglida si‚ w lustrzerozbija lustro 3 w bezksi‚'ycowi noctopi metryk‚ w czarnym stawie 4podglida mŸodychnaƒladuje ich koŸysanie bioder 5przewodniczy zebraniuniezale'nych trockist¢wnamawia do podpalania 6pisze listydo Prezesa UkŸadu SŸonecznegopeŸne intymnych wyzna¤ 7poeta w pewnym wiekuw ƒrodku niepewnego wieku 8zamiast hodowa›bratki i onomatopejesadzi kolczaste eksklamacje inwektywy i traktaty 9czyta na przemian Izajasza i KapitaŸpotem w ferworze dyskusjimieszaji mu si‚ cytaty 10poeta w porze niejasnejmi‚dzy odchodzicym Erosema Thanatosem kt¢ry nie wstaŸ jeszcze z kamienia 11pali haszysze ale nie widziani niesko¤czonoƒciani kwiat¢wani wodospad¢wwidzi procesj‚zakapturzonych mnich¢wwchodzicych na skalisti g¢r‚ze zgaszonymi pochodniami 12poeta w pewnym wiekuwspomina ciepŸe dzieci¤stwobujni mŸodoƒ›niechlubny wiek m‚ski 13graw Freuda gra w nadziej‚graw czerwone i czarnegraw ciaŸoi koƒcigra i przegrywazanosi si‚ nieszczerym ƒmiechem 14dopiero teraz rozumie ojcanie mo'e wybaczy› siostrzekt¢ra uciekŸa z aktoremzazdroƒci mŸodszemu bratupochylony nad fotografii matkipr¢buje jeszcze raznam¢wi› ji do pocz‚cia 15snyniepowa'nie pubertalneksiidz katecheta sterczice przedmiotyi niedosi‚'na Jadzia 16oglida o ƒwicieswoji r‚k‚dziwi si‚ sk¢rzepodobnej do kory 17na tle mŸodego bŸ‚kitubiaŸe drzewo jego 'yŸ Pan Cogito a pop 1W czasie koncertu popPan Cogito rozmyƒlanad estetyki haŸasusama idea owszempociigajicaby› bogiemto znaczy ciska› gromyalbo mniej teologiczniepoŸkni› j‚zyk 'ywioŸ¢wzastipi› Homeratrz‚sieniem ziemiHoracegokamienni lawiniwydoby› z trzewito co jest w trzewiachprzera'enie i gŸ¢dobna'y› drogipokarmuobna'y› drogi oddechuobna'y› drogipo'idaniagra› na czerwonym gardleoszalaŸe pieƒni miŸosne 2 kŸopot polega na tym'e krzyk wymyka si‚ formiejest ubo'szy od gŸosukt¢ry wznosi si‚i opadakrzyk dotyka ciszyale przez ochrypni‚ciea nie przez wol‚opisania ciszy jest jaskrawie ciemnyz niemocy artykulacjiodrzuciŸ Ÿask‚ humorualbowiem nie zna p¢Ÿton¢wjest jak ostrzewbite w tajemnic‚lecz nie oplata si‚wok¢Ÿ tajemnicynie poznaje jej ksztaŸt¢wwyra'a prawd‚ uczu›z rezerwat¢w przyrodyszuka utraconego rajuw nowych d'unglach porzidkumodli si‚ o ƒmier› gwaŸtownii ta mu zostanie przyznana Pan Cogito o magii 1Ma racj‚ Mircea Eliadejesteƒmy - mimo wszystko spoŸecze¤stwem zaawansowanymmagia i gnozakwitnie jak nigdysztuczne rajesztuczne piekŸasprzedawane si na rogu ulicyw Amsterdamie odkrytoplastykowe narz‚dzia torturdzieweczka z Massachusettsprzyj‚Ÿa chrzest krwikatatonicy si¢dmego dnia staji na pasach startowychporwie ich czwarty wymiarkaretka z ochrypŸi syreni przez Telegraph StreetpŸyni Ÿawice brodaczyw sŸodkim zapachu nirwanyJaƒ GoŸib ƒniŸ'e jest bogiema b¢g nicoƒciispŸywaŸ wolno na pi¢rkoz wie'y Eifflanieletni filozofucze¤ Sade`aprzecina umiej‚tniebrzuch ci‚'arnej kobietyi krwii maluje na ƒcianiewersety zagŸadydo tego orgie orientalnewymuszone i troch‚ nudne 2rosni z tego fortunygaŸ‚zie przemysŸugaŸ‚zie zbrodnipracowite stateczki pŸyniw podr¢' po nowe korzeniein'ynierowie wizualnej rozpustypracuji bez wytchnieniazziajani alchemicy halucynacjiprodukujinowe dreszczenowe kolorynowe j‚kii rodzi si‚ sztukaagresywnej epilepsjiz czasemdeprawatorzy osiwiejii pomyƒli o zadoƒ›uczynieniupowstani wtedynowe wi‚zienianowe azylenowe cmentarzejest to jednak wizjalepszej przyszŸoƒcina raziemagiakwitniejak nigdy Pan Cogito spotyka w Luwrze posi'ek Wielkiej MatkiTa maŸa kosmologia z wypalonej glinytroch‚ wi‚ksza od dŸoni pochodzi z Beocjina szczycie gŸowa jak ƒwi‚ta g¢ra Meruz kt¢rej spŸywaji wŸosy - wielkie rzeki ziemiszyja jest niebem w niej pulsuje ciepŸo bezsenne konstelacjenaszyjnik obŸok¢w zeƒlij nam ƒwi‚ti wod‚ urodzaj¢w ty z kt¢rej palc¢w wyrastaji liƒcie my urodzeni z gliny jak ibis wi' i trawa chcemy byƒ nas trzymaŸa w mocnych swoich dŸoniachna brzuchu ziemia kwadratowapod stra'i podw¢jnego sŸo¤ca nie chcemy innych bog¢w nasz kruchy dom z powietrza wystarczy kamie¤ drzewo proste imiona rzeczy nieƒ nas ostro'nie od nocy do nocy a potem zdmuchnij zmysŸy przed progiem pytaniaw gablotce Matka opuszczonapatrzy zdziwionym okiem gwiazdy Historia Minotaura W nie odczytanym jeszcze piƒmie linearnym A opowiedziano prawdziwi histori‚ ksi‚cia Minotaura. ByŸ on - wbrew p¢Œniejszym plotkom - autentycznym synem kr¢la Minosa i Parsifae. ChŸopak urodziŸ si‚ zdrowy, lecz z nienormalnie du'i gŸowi - co wr¢'biarze poczytywali jako znak przyszŸej midroƒci. W istocie Minotaur r¢sŸ w lata swoje jako silny, nieco melancholijny - matoŸek. Kr¢l postanowiŸ odda› go do stanu kapŸa¤skiego. Ale kapŸani tŸumaczyli, 'e nie mogi przyji› nienormalnego ksi‚cia, bo to mogŸoby obni'y› ju' i tak nadszarpni‚ty przez odkrycie koŸa - autorytet religii. SprowadziŸ tedy Minos modnego w Grecji in'yniera Dedala - tw¢rc‚ gŸoƒnego kierunku architektury pedagogicznej. Tak powstaŸ labirynt. Przez system korytarzy, od najprostszych do coraz bardziej skomplikowanych, r¢'nic‚ poziom¢w i schody abstrakcji miaŸ wdra'a› ksi‚cia Minotaura w zasady poprawnego myƒlenia. SnuŸ si‚ tedy nieszcz‚sny ksii'‚ popychany przez preceptor¢w korytarzami indukcji i dedukcji, nieprzytomnym okiem patrzyŸ na poglidowe freski. Nic z tego nie rozumiaŸ. Wyczerpawszy tedy wszystkie ƒrodki kr¢l Minos postanowiŸ pozby› si‚ zakaŸy rodu. SprowadziŸ (tak'e z Grecji, kt¢ra sŸyn‚Ÿa ze zdolnych ludzi) zr‚cznego morderc‚ Tezeusza. I Tezeusz zabiŸ Minotaura. W tym punkcie mit i historia si z sobi zgodne. Przez labirynt - niepotrzebny ju' elementarz - wraca Tezeusz niosic wielki, krwawi gŸow‚ Minotaura o wytrzeszczonych oczach, w kt¢rych po raz pierwszy kieŸkowa› zacz‚Ÿa midroƒ› - jaki zwykŸo zsyŸa› doƒwiadczenie. Stary Prometeusz Pisz pami‚tniki. Pr¢buje w nich wyjaƒni› miejsce bohatera w systemie koniecznoƒci, pogodzi› sprzeczne z sobi poj‚cie bytu i losu. Ogie¤ buzuje wesoŸo w kominku, w kuchni krzita si‚ 'ona - egzaltowana dziewczyna, kt¢ra nie mogŸa urodzi› mu syna, ale pociesza si‚, 'e i tak przejdzie do historii. Przygotowanie do kolacji, na kt¢ri ma przyjƒ› miejscowy proboszcz i aptekarz najbli'szy teraz przyjaciel Prometeusza. Ogie¤ buzuje na kominku. Na ƒcianie wypchany orzeŸ i list dzi‚kczynny tyrana Kaukazu, kt¢remu dzi‚ki wynalazkowi Prometeusza udaŸo si‚ spali› zbuntowane miasto. Prometeusz ƒmieje si‚ cicho Jest to teraz jego jedyny spos¢b wyra'enia niezgody na ƒwiat. KaligulaCzytajic stare kroniki, poematy i 'ywoty Pan Cogito doƒwiadcza czasem uczucia fizycznej obecnoƒci os¢b dawno zmarŸychM¢wi Kaligula:spoƒr¢d wszystkich obywateli RzymukochaŸem tylko jednegoIncitatusa - koniakiedy wszedŸ do senatu nieskazitelna toga jego sierƒcilƒniŸa niepokalanie wƒr¢d obszytych purpuri tch¢rzliwych morderc¢wIncitatus byŸ peŸen zaletnie przemawiaŸ nigdynatura stoickamyƒl‚ 'e noci w stajni czytaŸ filozof¢wkochaŸem go tak bardzo 'e pewnego dnia postanowiŸem go ukrzy'owa›ale sprzeciwiaŸa si‚ temu jego szlachetna anatomiaoboj‚tnie przyjiŸ godnoƒ› konsulawŸadz‚ sprawowaŸ najlepiejto znaczy nie sprawowaŸ jej wcalenie udaŸo si‚ nakŸoni› go do trwaŸych zwiizk¢w miŸosnychz drogi 'oni moji Caesoniiwi‚c nie powstaŸa niestety linia cesarzy - centaur¢w dlatego Rzym runiŸpostanowiŸem mianowa› go bogiemlecz dziewiitego dnia przed kalendami lutowymiCherea Korneliusz Sabinus i inni gŸupcy przeszkodzili tym zbo'nym zamiaromspokojnie przyjiŸ wiadomoƒ› o mojej ƒmierciwyrzucono go z paŸacu i skazano na wygnaniezni¢sŸ ten cios z godnoƒciiumarŸ bezpotomniezaszlachtowany przez grubosk¢rnego rzeŒnika z miejscowoƒci Ancjumo poƒmiertnych losach jego mi‚samilczy Tacyt HakeldamaKapŸani maji problemz pogranicza etyki i rachunkowoƒcico zrobi› ze srebrnikamikt¢re Judasz rzuciŸ im pod nogisuma zostaŸa zapisanapo stronie wydatk¢wzanotuji ji kronikarzepo stronie legendynie godzi si‚ wpisywa› jejw rubryce nieprzewidziane dochodyniebezpiecznie wprowadzi› do skarbcamogŸaby zarazi› srebronie wypadakupi› za nii ƒwiecznika do ƒwiityniani rozda› ubogimpo dŸugiej naradziepostanawiaji naby› plac garncarskii zaŸo'y› na nimcmentarz dla pielgrzym¢wodda› - niejakopieniidze za ƒmier›ƒmierciwyjƒciebyŸo taktownewi‚c dlaczegohuczy przez stulecianazwa tego miejscahakeldamahakeldamato jest pole krwi Pan Cogito opowiada o kuszeniu SpinozyBaruch Spinoza z Amsterdamu zapragniŸ dosi‚gni› Bogaszlifujic na strychusoczewkiprzebiŸ nagle zasŸon‚i staniŸ twarzi w twarzm¢wiŸ dŸugo(a gdy tak m¢wiŸrozszerzaŸ si‚ umysŸ jegoi dusza jego)zadawaŸ pytaniana temat natury czŸowieka - B¢g gŸadziŸ roztargniony brod‚ pytaŸ o pierwszi przyczyn‚ - B¢g patrzyŸ w niesko¤czonoƒ›pytaŸ o przyczyn‚ ostateczni - B¢g ŸamaŸ palcechrzikaŸkiedy Spinoza zamilkŸrzecze B¢g - m¢wisz Ÿadnie Baruchlubi‚ twoji geometryczni Ÿacin‚a tak'e jasni skŸadni‚symetri‚ wywod¢wpom¢wmy jednako Rzeczach Naprawd‚Wielkich - popatrz na twoje r‚ce pokaleczone i dr'ice - niszczysz oczyw ciemnoƒciach - od'ywiasz si‚ Œleodziewasz n‚dznie - kup nowy domwybacz weneckim lustrom'e powtarzaji powierzchni‚ - wybacz kwiatom we wŸosachpijackiej piosence - dbaj o dochodyjak tw¢j kolega Kartezjusz - bidŒ przebiegŸyjak Erazm - poƒwi‚› traktatLudwikowi XIVi tak go nie przeczyta - uciszajracjonalni furi‚upadni od niej tronyi sczernieji gwiazdy - pomyƒlo kobieciekt¢ra da ci dziecko - widzisz Baruchm¢wimy o Rzeczach Wielkich - chc‚ by› kochanyprzez nieuczonych i gwaŸtownychsi to jedynikt¢rzy naprawd‚ mnie Ÿakni teraz zasŸona opadaSpinoza zostaje samnie widzi zŸotego obŸokuƒwiatŸa na wysokoƒciachwidzi ciemnoƒ›sŸyszy skrzypienie schod¢wkroki schodzice w d¢Ÿ Georg Heym - przygoda prawie metafizyczna 1Jeƒli jest prawdi'e obraz wyprzedza myƒl mo'na mniema›'e idee HeymapowstaŸy w czasie ƒlizgawki - Ÿatwoƒ› poruszania si‚po lodowej powierzchnibyŸ tu i tamkri'yŸ wok¢Ÿ ruchomego centrumnie byŸ planetiani dzwonemani rolnikiem przywiizanym do pŸuga - wzgl‚dnoƒ› ruchulustrzane przenikanie ukŸad¢wlewy bli'szy brzeg(czerwone dachy Gatow)uciekaŸ do tyŸujak gwaŸtownie szarpany obrusprawy natomiaststaŸ (pozornie) w miejscu - obalenie determinizmucudowna koegzystencja mo'liwoƒci - moja wielkoƒ› - m¢wiŸ do siebie Heym (suniŸ teraz do tyŸu z uniesioni lewi nogi) polega na odkryciu 'e w ƒwiecie wsp¢Ÿczesnym nie ma wynikania tyranii nast‚pstw dyktatury zwiizk¢w przyczynowych wszystkie myƒli dziaŸania przedmioty zjawiska le'i obok siebie jak ƒlady Ÿy'ew na biaŸej powierzchni stwierdzenie wa'kie dla fizyki teoretycznej stwierdzenie groŒne dla teorii poezji 2ci kt¢rzy stali na prawym brzegunie zauwa'yli znikni‚cia Heymagimnazjalista kt¢ry go mijaŸwidziaŸ wszystko w odwr¢conym porzidku:biaŸy sweterspodnie zapi‚te pod kolanemna dwa koƒciane guzikiŸydki w pomara¤czowych po¤czochachŸy'wy przyczyn‚ nieszcz‚ƒciadwaj policjancirozgarn‚li tŸum gapi¢wstojicych nad otworem w lodzie(wyglidaŸ jak wejƒcie do lochujak zimne usta maski)ƒliniic oŸ¢wkipr¢bowali zanotowa› zdarzeniewprowadzi› porzidekzgodnie z przestarzaŸilogiki Arystotelesaz wŸaƒciwi wŸadzyt‚pi oboj‚tnoƒciidla odkrywcyi jego myƒlikt¢re terazbŸikaŸy si‚ bezradniepod lodem Pan Cogito otrzymuje czasem dziwne listyPani Amelia z Darmstadtuprosi o pomocw odszukaniu swego prapradziadkaLudwika IzaginiŸjak tylu innychw czasie zawieruchy wojennejostatni razwidziano gow majitku rodowymw pobli'u Jeleniej G¢ryPan Cogitopami‚ta dobrze ostri peŸni po'ar¢w zim‚roku 1944prapradziadekz zawodu gross herzog'yŸ w¢wczasw ramachstaŸw uniformiebiaŸych spodniachprzed altanipo prawej byŸazŸamana kolumnaw tyleciemne burzliwe nieboz jasni pr‚gi na horyzonciePan Cogitomyƒlibez cienia ironiio ƒmierci prapradziadkaczy nie straciŸ zimnej krwikiedy po'arsiedziaŸ okrakiem na parapecieczy nie krzyczaŸkiedy wleczono go po dziedzi¤cuczy nie upadŸbŸagalnie na kolana kiedy mierzonow wielki gwiazd‚ na piersiwyobraŒniaPana Cogitojest maŸajak sanitariuszzagubiony we mglenie widzitwarzyuniformubiaŸych spodniwidzi tylkociemne burzliwe nieboz jasni pr‚gi na horyzoncie Rozmyƒlania Pana Cogito o odkupieniuNie powinien przysyŸa› synazbyt wielu widziaŸoprzebite dŸonie synajego zwykŸi sk¢r‚zapisane to byŸoaby nas pojedna›najgorszym pojednaniemzbyt wiele nozdrzychŸon‚Ÿo z luboƒciizapach jego strachunie wolno schodzi›niskobrata› si‚ krwiinie powinien przysyŸa› synalepiej byŸo kr¢lowa›w barokowym paŸacu z marmurowych chmurna tronie przera'eniaz berŸem ƒmierci Pan Cogito szuka radyTyle ksii'ek sŸownik¢wopasŸe encyklopedieale nie ma kto poradzi›zbadano sŸo¤ceksi‚'yc gwiazdyzgubiono mniemoja duszaodmawia pociechy wiedzy w‚druje tedy noci po drogach ojc¢w i oto miasteczko BracŸaw wƒr¢d czarnych sŸonecznik¢w to miejsce kt¢re opuƒciliƒmy to miejsce kt¢re krzyczy jest szabas jak zawsze w szabas ukazuje si‚ Nowe Niebo - szukam ciebie rabi - nie ma go tutaj -m¢wii chasydzi - jest w ƒwiecie szeolu - miaŸ pi‚kni ƒmier› m¢wii chasydzi - bardzo pi‚knitak jakby przeszedŸz jednego kitado drugiego kita caŸy czarnyw r‚ku miaŸTog‚ pŸonici - szukam ci‚ rabi - za kt¢rym firmamentem ukryŸeƒ midre ucho - boli mnie serce rabi - mam kŸopotymo'e by mi poradziŸrabi Nachmanale jak mam go znaleŒ›wƒr¢d tylu popioŸ¢w Gra Pana Cogito 1Ulubioni zabawiPana Cogitojest gra Kropotkinma wiele zaletgra Kropotkinwyzwala wyobraŒni‚ historycznipoczucie solidarnoƒciodbywa si‚ na wolnym powietrzuobfituje w dramatyczne epizodyjej reguŸy si szlachetnedespotyzm zawsze przegrywana wielkiej tablicy imaginacjiPan Cogito ustawia figurykr¢l oznaczaPiotra Kropotkina w twierdzy pietropawŸowskiejlaufry trzech 'oŸnierzy, szyldwachawie'a zbawczi karet‚Pan Cogito ma do wyboruwiele r¢lmo'e gra›ƒliczni Zofi‚ NikoŸajewn‚ona w kopercie zegarkaprzemyca plan ucieczkimo'e by› tak'e skrzypkiemkt¢ry w szarym domkuumyƒlnie wynaj‚tymnaprzeciw wi‚zieniagra Uprowadzenie z Serajuco oznacza ulica wolnanajbardziej jednaklubi Pan Cogitorol‚ doktora Orestesa Weimaraon w dramatycznym momenciezagaduje 'oŸnierza przy bramie - widziaŸ ty Wania mikroba - nie widziaŸ - a on bestia po twojej sk¢rze Ÿazi - nie m¢wcie jaƒnie panie - a Ÿazi i ogon ma - du'y? - na dwie albo trzy wiorstywtedy futrzana czapkaspada na baranie oczyi ju'toczy si‚ wartkogra Kropotkinkr¢l-wi‚zie¤ sadzi wielkimi susami szamocze si‚ chwil‚ z flanelowym szlafrokiemskrzypek w szarym domkugra Uprowadzenie z SerajusŸycha› gŸosy Ÿapajdoktor Orestes snuje o mikrobachbicie sercapodkute buty na brukuwreszcie zbawcza karetalaufry nie maji ruchuPan Cogito cieszy si‚ jak dzieckozn¢w wygraŸ gr‚ Kropotkin 2tyle lattyle ju' latgra Pan Cogitoale nigdy nie pociigaŸa go rolabohatera ucieczkinie przez niech‚›do bŸ‚kitnej krwiksi‚cia anarchist¢wani wstr‚t do teoriio wzajemnej pomocynie wynika to tak'e z tch¢rzostwaZofia NikoŸajewnaskrzypek z szarego domkudoktor Oresteste' nadstawiali gŸowyz nimi jednakPan Cogitouto'samia si‚ niemal zupeŸnie jeƒliby zaszŸa potrzebam¢gŸby by› nawet koniemkarety uciekinieraPan Cogito chciaŸby by› poƒrednikiem wolnoƒcitrzyma› sznur ucieczkiprzemyca› grypsdawa› znakzaufa› sercuczystemu odruchowi sympatiinie chce jednak odpowiada› za toco w miesi‚czniku „Freedom¤napiszi brodaczeo nikŸej wyobraŒniprzyjmuje rol‚ poƒlednii nie b‚dzie mieszkaŸ w historii Co myƒli Pan Cogito o piekle Najni'szy krig piekŸa. Wbrew powszechnej opinii nie zamieszkuji go ani despoci, ani matkob¢jcy, ani tak'e ci, kt¢rzy chodzi za ciaŸem innych. Jest to azyl artyst¢w, peŸen luster, instrument¢w i obraz¢w. Na pierwszy rzut oka najbardziej komfortowy oddziaŸ infernalny, bez smoŸy, ognia i tortur fizycznych. CaŸy rok odbywaji si‚ tu konkursy, festiwale i koncerty. Nie ma peŸni sezonu. PeŸnia jest permanentna i niemal absolutna. Co kwartaŸ powstaji nowe kierunki i nic, jak si‚ zdaje, nie jest w stanie zahamowa› tryumfalnego pochodu awangardy. Belzebub kocha sztuk‚. CheŸpi si‚, 'e jego ch¢ry, jego poeci i jego malarze przewy'szaji ju' prawie niebieskich. Kto ma lepszi sztuk‚, ma lepszy rzid - to jasne. NiedŸugo b‚di si‚ mogli zmierzy› na Festiwalu Dwu ³wiat¢w. I wtedy zobaczymy, co zostanie z Dantego, Fra Angelico i Bacha. Belzebub popiera sztuk‚. Zapewnia swym artystom spok¢j, dobre wy'ywienie i absolutni izolacj‚ od piekielnego 'ycia. Pan Cogito o postawie wyprostowanej 1W Utyceobywatelenie chci si‚ broni›w mieƒcie wybuchŸa epidemiainstynktu samozachowawczegoƒwiityni‚ wolnoƒcizamieniono na pchli targ senat obraduje nad tymjak nie by› senatemobywatelenie chci si‚ broni›ucz‚szczaji na przyspieszone kursypadania na kolanabiernie czekaji na wrogapiszi wiernopodda¤cze mowyzakopuji zŸotoszyji nowe sztandaryniewinnie biaŸeuczi dzieci kŸama›otworzyli bramyprzez kt¢re wchodzi terazkolumna piaskupoza tym jak zwykle handel i kopulacja 2Pan CogitochciaŸby stani›na wysokoƒci sytuacjito znaczy spojrze› losowiprosto w oczyjak Katon MŸodszypatrz 'ywotynie ma jednakmieczaani okazji'eby wysŸa› rodzin‚ za morzeczeka zatem jak innichodzi po bezsennym pokoju wbrew radom stoik¢wchciaŸby mie› ciaŸo z diamentui skrzydŸapatrzy przez oknojak sŸo¤ce Republikima si‚ ku zachodowipozostaŸo mu niewielewŸaƒciwie tylkowyb¢r pozycjiw kt¢rej chce umrze›wyb¢r gestuwyb¢r ostatniego sŸowadlatego nie kŸadzie si‚do Ÿ¢'kaaby unikni› uduszenia we ƒnie chciaŸby do ko¤casta› na wysokoƒci sytuacjilos patrzy mu w oczyw miejsce gdzie byŸajego gŸowa PrzesŸanie Pana CogitoIdŒ dokid poszli tamci do ciemnego kresupo zŸote runo nicoƒci twoji ostatnii nagrod‚idŒ wyprostowany wƒr¢d tych co na kolanachwƒr¢d odwr¢conych plecami i obalonych w prochocalaŸeƒ nie po to aby 'y›masz maŸo czasu trzeba da› ƒwiadectwobidŒ odwa'ny gdy rozum zawodzi bidŒ odwa'nyw ostatecznym rachunku jedynie to si‚ liczya Gniew tw¢j bezsilny niech b‚dzie jak morzeilekro› usŸyszysz gŸos poni'onych i bitychniech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogardadla szpicl¢w kat¢w tch¢rzy - oni wygrajip¢jdi na tw¢j pogrzeb i z ulgi rzuci grud‚a kornik napisze tw¢j uŸadzony 'yciorysi nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocyprzebacza› w imieniu tych kt¢rych zdradzono o ƒwiciestrze' si‚ jednak dumy niepotrzebnejoglidaj w lustrze swi bŸaze¤ski twarzpowtarzaj: zostaŸem powoŸany - czy' nie byŸo lepszychstrze' si‚ oschŸoƒci serca kochaj Œr¢dŸo zaranneptaka o nieznanym imieniu dib zimowyƒwiatŸo na murze splendor niebaone nie potrzebuji twego ciepŸego oddechusi po to aby m¢wi›: nikt ci‚ nie pocieszy czuwaj - kiedy ƒwiatŸo na g¢rach daje znak - wsta¤ i idŒdop¢ki krew obraca w piersi twoji ciemni gwiazd‚powtarzaj stare zakl‚cia ludzkoƒci bajki i legendybo tak zdob‚dziesz dobro kt¢rego nie zdob‚dzieszpowtarzaj wielkie sŸowa powtarzaj je z uporemjak ci co szli przez pustyni‚ i gin‚li w piaskua nagrodzi ci‚ za to tym co maji pod r‚kichŸosti ƒmiechu zab¢jstwem na ƒmietnikuidŒ bo tylko tak b‚dziesz przyj‚ty do grona zimnych czaszekdo grona twoich przodk¢w: Gilgamesza Hektora Rolandaobro¤c¢w kr¢lestwa bez kresu i miasta popioŸ¢wBidŒ wierny IdŒ