TYTUL: Demony AUTOR: Jan Brzechwa OPRACOWAL : Adam Ciarcinski (adam@man.dedal.lublin.pl) -------------------------------------------------------------------------Klara była olśniewająco piękna. Określenie to, jeśli nie ma zatrącaćzwykłym komunałem, wymaga dokładniejszych wyjaśnień.Nie zamierzam naśladować biskupa Agostino Nifo, który ze smakowitąlubieżnoŚcią opisywał najskrytsze wdzięki Joanny Aragońskiej. Byłby toobraz kłamliwy i samochwalczy, gdyż nigdy nie dostąpiłem szczęścia oglądanla Klary w jej olśniewającej, jak mogłem się domyślać, nagości. Imuszę wyznać, że domyślność tę posuwałem do ostatecmych granic. Wizjenagiego ciała Klary wypełniały mi bezsenne noce, przybierały formęuporczywej obsesji, były bezwstydnie wyraziste, doprowadzały mnie doobłędnych urojeń. Kto nie przeżywał szczytowego napięcia namiętności,zdolnego popchnąć do aktów samabójczej lub też zbrodniczej desperacji, tennie potrafi mnie zrozumieć. Zwierzenia poniższe przeznaczam dla osób mojegopokroju, dla nielicznych opętańców, nawiedzonych przez rozpaczliwą, bolesnąpsychozę miłości. Przeznaczam je dla tych, którym, tak jak mnie, wstraszliwej męce pożądania odmówiono miłosierdzia.Powracam jednak do tematu, do opisu urody Klary i niechaj mnie nikt nieposądza o zaślepienie. A zresztą... Jakież są obiektywne sprawdziany?Jej twarz o miękkim, łagodnym owalu posiadała zmienność rysów nieuchwytnądla oka. Było to zjawisko niewytłumaczalne, które sprawiało, że żadenmalarz nie umiał oddać wiernie osobliwego charakteru tej twarzy, a każdezdjęcie, nawet migawkowe, okazywało się poruszone i niewyraziste.Ze spojrzeń Klary emanowało odczuwalne ciepło. Zdawało się, że jej oczy sąwypełnione substancją promieniotwórczą. Właśnie oczy. Bowiem serce jej odznaczało się mrożącym chłodem.Łuki brwi i ledwie dostrzegalne poruszenia kącików ust posiadały wymowęwyrazistszą od słów. Można z nich było wyczytać utajone reakcje nanajdrobniejsze odchylenia w zachowaniu, mowie, spojrzeniu, geście. Była nanie uwrażliwiona jak niektóre rośliny na zmienność światła.Włosy miała złociste, wpadające chwilami w rudawy odcień i ta samazłocistość okrywała jej ręce i ramiona. Nos, pozbawiony klasycznejpospolitości, z lekka zadarty, pełen był dziewczęcego zdziwienia iprzekory. Patrząc nań odczuwało się chęć przesunięcia po jego grzbieciemałym palcem. Tak, właśnie małym palcem. Kształt ucha i jego różowaprzezroczystość przypozninały włoską kameę, cyzelowaną na oczach podróżnikaprzez kapryjskiego artystę.Usta Klary tylko na pozór pozbawione były wyrazu. Dopiero kiedy sięrozchylały, zaczynały wabić wilgotną świeżością, stawały się pełneobietnicy, przyprawiały o zawrót głowy. Tak, dla ust Klary, dla jednegopocałunku można było zapomnieć o wszelkich więzach, obowiązkach, godności.Opis szczegółów tej niepospolitej twarzy nie może dać o niej pełnego wyobrażenia, tak jak z opisu nie można poznać fali ani obłoku na wietrze,ani lecącego ptaka w ich nieustannym ruchu i zmienności.O rękach Klary mówiono, że... stworzone są do gry na harfie, do lepienia wglinie, do głaskania marmuru. Mówiono? Ja tak mówiłem, gdyż mimowrażliwości na piękno nie posiadam daru umiejętnego określania go słowami.Chód jej był powolny a płynny, jak gdyby chciała ukazać w nim wszystkiepowaby swojej kibici, chociaż robiła to nieświadomie. Była zresztącałkowicie nieświadoma swojej urody i jej oddziaływania. Tak do niejprzywykła, że przestała ją odczuwać. Beznamiętna i chłodna, dopowierzchowności swej nie przywiązywała wagi, a to, co fascynowało mężczyzn, ją samą niecierpliwiło i napełniało uczuciem nudy. Miała zbytrozległe zainteresowania intelektualne. Pasjonowała się bakteriologią.Przed wojną pracowała pod kierunkiem profesora Turleja. Całe dnie spędzaław laboratorium. Urodę swą traktowała jak zło konieczne, które utrudnia ikomplikuje jej życie, a moją admirację przyjmowała tylko dlatego, że ceniłamnie jako ornitologa, którego prace naukowe zyskały dość szeroki rozgłos.Ilekroć jednak próbowałem nakłonić ją do wysłuchania moich wyznań, jednymprzewrotnym zdaniem zmieniała temat i kierowała rozmowę w stronę naszychwspólnych zainteresowań przyrodniczych. Jakże często przeklinałem w duszycałą moją wiedzę i wszelką naukę, a zazdrościłem Marianowi jego zawoduartysty.Byliśmy bli1/4niakami i osoby postronne dopatrywały się w nas uderzającegopodobieństwa. Przypisuję to jednak ułomnej ludzkiej spostrzegawczości, gdyżstanowiliśmy typy całkowicie odrębne. O ile ja odznaczałem się pogodą,otwartością i wesołym usposobieniem, o tyle Marian łatwo poddawał sięmelancholii, był mrukliwy i małomówny, unikał towarzystwa. Podczas rozmowyz nim odnosiło się wrażenie, że myślami jest nieobecny. I chociaż łączyła nas bliska braterska zażyłośEć nie potrafiłbym twierdzić, te znałem golepiej niż kogokolwiek z przyjaciół lub chociażby przygodnych znajomych.Odnosiłem się do niego jak do młodszego brata, otaczałem go opieką,starałem się ułatwić mu egzystencję. W przeciwieństwie do mnie Marian niebudził sympatii. Ceniono jego talent, ale zarzucano mu egoizm iniewdzięczność w stosunku do mnie. Powiedziałbym, że miał w sobie coś zżałosnej, a równocześnie odpychającej osobowości Van Gogha. Obrazy Mariana,wystawiane w Paryżu, w Hadze, w Monte Carlo, wywoływały najbardziejkontrowersyjne opinie. Obok entuzjastycznych recenzji ukazywały się wprasie słowa potępienia, a nawet szyderstwa, W moim przekonaniu Marian byłgenialny, toteż nie szczędziłem pieniędzy na zaspokojenie jego potrzeb.Szczególny mój podziw budziły miniatury na kości słoniowej w stylu malarstwa staroperskiego. Materiał, który mu do tego służył, pochłaniałznaczne sumy, zwłaszcza że Marian przy najmniejszym potknięciu deptał alborozbijał młotkiem kosztowne krążki kości słoniowej.Pozory podobieństwa opierały się więc tylko na zbliżonych rysach twarzy,głównie zaś na barwie głosu oraz intonacjach, których rzekomo nie sposóbbyło odróżnić. Tyle tylko, że ja mówiłem swobodniej, składniej i szybciejniż Marian, który wysławiał się z pewnym trudem i jakby rozmyślnymniedbalstwem. W każdym razie zdarzało się, że dalsi znajomi brali Marianaza mnie, ale - co musi wydać się dziwne - nigdy nie przytrafiło mi się, abymnie wzięto za Mariana.Klarę poznaliśzny równocześnie w dość szczególnych okolicznościach. Podczasoblężenia Warszawy, pod koniec września 1939 roku, przemykaliśmy się ulicąPoznańską, opodal domu, w który ugodziła niemiecka bomba. Z zawalonychpiwnic wychodzili ludzie obsypani pyłem, biali jak widma. Nie wszyscyocaleli. Pomagaliśmy przy wydobywaniu z gruzów zabitych i rannych. W jednymz piwnicznych korytarzy natknęliśzny się na kobietę przywaloną belką. Dawała jeszcze oznaki życia. Wynieśliśmy ją na ulicę. Pokryta warstwąszarego pyłu, wyglądała jak mumia. Gdy nieśliśmy ją do punktuopatrunkowego, odzyskała przytomność. Nie odniosła większych obrażeń, miałatylko złamaną rękę i prawdopodobnie zgniecione żebra. Sanitariuszki obmyłyją, lekarz ujął rękę w łubki i nałożył bandaże. O gipsie nie było mowy. Takpoznaliśmy Klarę.Pod koniec roku spotkałem ją w kawiarni "Boccaccio". Siedziała wtowarzystwle adwokata Romanowskiego, z którym niegdyś przemierzałezn Tatryi który podczas wspinaczki wyratował mnie z ciężkiej opresji. Podszedłem,żeby się z nim przywitać. Klary nie poznałem. Romanowski mnie przedstawił.- To przecież pan - powiedziała Klara - a raczej jeden z panów. Wtedysądziłam, że dwoi mi się w oczach. Byliście tak do siebie podobni. Zapewnebracia. Mam wobec panów nie spłacony dług wdzięczności.Nie poznawałem jej w dalszym ciągu. Ta olśniewająco piękna kobieta niczymnie przypominała zasypanej, zmaltretowanej istoty, wydobytej z gruzów.Dopiero po dłuższej chwill przypomniałem sobie wydarzenie na Poznańskiej.Więc to była ona? Ta piękność! Wraz z Marianem przywróciliśmy światu tenklejnot, który miał nas póżniej poróżnić?Gdy po pewnym czasie Romanowski przesiadł się na chwilę do sąsiedniegostolika, powiedziałem na wpół żartem:- Czy pani wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia?Klara wybuchnęła śmiechem.- W ogóle nie wierzę w miłość. Nigdy jej nie przeżywałam. Jestem zimnąintelektualistką, chociaż Paweł nazywa mnie wręcz czarownicą.- Chyba czarodziejką...- Nie, właśnie czarownicą. Wied1/4mą, która je1/4dzi na miotle i na Łysej Górzewarzy trujące zioła. Ale nie sądzę, abym była aż tak interesująca. Pawełjest po prostu pochlebcą.Do kawiarni weszli dwaj żandarmi. Przeszli wolno pomiędzy stolikami,zatrzymali się przy mnie i zażądali dokumentów. Pokazałem jednemu z nichdowód osobisty. Wpatrywał się w Klarę i nie ogłądając dowodu rzucił go nastolik, potem szepnął coś swemu towarzyszowi i obaj przez dłuższą chwilębezczelnie przyglądali się Klarze.Krew uderzyła mi do głowy, zacisnąłem palce na marmurowej popielniczce. Otrze1/4wił mnie głos Klary:- Błagam pana... Czy pan oszalał?Kiedy żandarmi wyszli, powiedziałem:- Tak. Oszalałem.Zrozumiałezn, że trujące ziele czarownicy dostało mi się do krwi.Opowiedziałem Marianowi o naszym spotkaniu i nazajutrz poszliśmy razem zwizytą do Klary. Mieszkała u ciotki, korpulentnej i gadatliwej paniusi,uczesanej w pretensjonalne loczki. Rodzice Klary pozostali w Wilnie, gdziejej ojciec był profesorem uniwersytetu. Podzielił pó1/4niej los innych swoich kolegów.Ciotka, pani Antonina, przyjęła nas kolacją i kazała nieustannie zachwycaćsię Klarą.- Jej matka też była taka piękna. Kiedy mieszkała w Nicei książę Jusupowprzyjechał specjalnie, żeby na nią spojrzeć. Mogła zrobić karierę, ale niesłuchała mnie i wyszta za mąż za geologa. Rozumiecie, panowie? Za geologa.O, Klara nie zrobi takiego głupstwa. Klara to brylant czystej wody, którywymaga wyjątkowej oprawy. Po wojnie obowiązkowo zawiozę ją do Paryża. Niech sobie wybije z głowy te bakterie. Zrobię z niej wielką panią, będziemieszkała na Riwierze i je1/4dziła Rolls-Roycem. A tu w Polsce tylko sięzmarnuje. Tak jak jej matka.Klara mitygowała panią Antoninę, obracała w żart jej nietaktowną paplaninę,patrzyła na nią błagalnym wzrokiem, wreszcie nie wytrzymala i rzekła niespodziewanie ostrym tonem:- Dość już, ciociu, dość. To wszystko jest nie do zniesienia.Pani Antonina zamilkła urażona.Odczuwałem głębokie zażenowanie, że Klara, ta kobieta o urodzie godnejpędzla Renoira, musi oganiać się przed naporem banału i pospolitości.Rozmowa nie kleiła się, zwłaszcza że Marian siedział zamyślony i milczący,a moje pojednawcze słowa brzmiały fałszywie. Umiem być w towarzystwiezajmujący i błyskotliwy, ale tym razem wszystko, co mówiłem, wydawało misię niezręczne. Klara mnie onieśmielała, czułem się sparaliżowany, jakgdyby niewidzialna ręka zakreśliła magiczny krąg. Z wolna tracilem władzęnad własnym umysłem i sercem.Zbliżała się godzina policyjna. Dopiero podczas pożegnania, w przedpokoju,Marian wycedził swoje pierwsze i jedyne zdanie:- Pani twarz nadaje się do miniatury. Pozowanie wymaga wytrwałości.Przyjrzał się Klarze mrużąc oczy, po czym dodał:- Tak... Będę panią malował.Jego słowa zabrzmiały zbyt protekcjonalnie i łaskawie, a przy tym narzucałyz góry postanowienie, które jednak Klara skwitowała milczącym skinięciemgłowy.Znałem styl bycia i obyczaje Mariana, ale teraz jego ton wydał mi sięrażący.- Spytałbyś przynajmniej, czy panna Klara się zgadza - powiedziałem.Marian spojrzał na mnie z pogardliwym zdziwieniem, jak gdyby uważał, że niedoceniam jego wspaniałomyślnego gestu. To on robił łaskę Klarze, on -wielki artysta. Ileż było pychy w tym jednym spojrzeniu!2Umówiłem się z Klarą po południu w "Simie". Przedwojenna snobistycznakawiarnia przyswoiła sobie skrót dawnej nazwy "Sztuka i Moda". Teraz roiłosię w niej od ludzi rozmaitego pokroju i autoramentu. Wśród stałychbywalców można tu było zauważyć artystów i handlarzy walut, panie zajmującesię wymianą stuzłotówek i damy lekkiego prowadzenia, konspiratorów i ukrywających się oficerów, agentów Gestapo i wzbogaconych kombinatorów.Poprzez gwar rozmów, brzęk filiżanek i kieliszków przedzierały się d1/4więkimuzyki. To Panufnik i Lutosławski grali na dwa fortepiany stare szlagiery.W przerwach koncertu recytował wiersze Mariusz Maszyński. Starali się żyć iprzeżyć, ufni w szybkie zwycięstwo aliantów. Beztroski na pozór gwar,muzyka i śmiechy miały w sobie coś z czarnej mszy, coś z determinacjlskazańców, przypominały dramatyczną ucztę w czasie zarazy. Połowa z tychludzi w ciągu następnych lat okupacji zamilkła na zawsze. Teraz sztucznąwesołością i nadmiernym zgiełkiem zagłuszali w sobie lęk i grozę.Wpatrywałem się w Klarę obezwładniony jej magicznym oddziaływaniem.Wszystko, co mówiłem, było niezręczne i opaczne. Gesty rąk nie odpowiadalysłowom, chyba tylko oczy wyrażały napięcie moich uczuć.Od trzech miesięcy znajdowałem się pod urokiem Klary. Opanowała moje myślido tego stopnia, że nie dostrzegałem ani wojny, ani okupacji i jejniebezpieczeństw. Stracilem instynkt samozachowawczy, poczucie czasu irzeczywistości. Miłość i pożądanie wprawiły mnie w stan maniakalny,odbierały sen, wytrącały z równowagi. Wszystko poza nieustannym pragnieniemwidzenia Klary przestało istnieć. Przyjaciele z konspiracji zaczęli odemnie stronić, wkrótce kontakt z nimi się urwał, ale zdałem sobie z tegosprawę dopiero pó1/4niej, w obozie. Jak lunatyk wystawałem godzinami poddomem Klary, szukając przypadkowego na pozór spotkania... Wierzyłem, żemnie zaczarowała. Byłem apętany czy może po prostu chory z namiętności.- Klaro, nie mogę bez ciebie żyć - powiedziałem wreszcie, mieszając łyżeczką kawę tak gwałtownie, że wylewała się na spodek. - Kocham cię do nieprzytomności, jesteś jedynym sensem mego istnienia, jesteś dla mniepowietrzem i światłem... Bez ciebie duszę się, ginę...- Przyrzekłeś nie mówić ze mną więcej na ten temat. Tylko pod tym warunkiemspotkałam się z tobą.- Klaro, zmiłuj się... Przecież widzisz, jak straszliwie się męczę.- Nie ma w tym mojej winy. Opamiętaj się, pomyśl, jest wojna, ludzie giną,Gestapo szaleje. Nie czas teraz na takie głupstwa. We1/4 się w garść.Najlepiej, jeśli przestaniemy się widywać. Zawołaj kelnerkę, chcę stądwyjść.Przez następne dni Klara odmawiała spotkania ze mną. I znów wystawałem podjej domem, narzucałem się, traciłem poczucie godności. Przysięgałem jej, żepowstrzymam się od miłosnych wyznań, żebrałem o litość. I znów Klaragodziła się na spotkanie. Próbowałem pozyskać ją ciekawymi opowiadaniami owyprawach naukowych, o niezwykłych obyczajach i właściwościach różnychrodzajów ptaków. Wieczory spędzałem na lekturze książek, aby wynajdywać tematy do interesujących rozmów. Ale skoro tylko dostrzegałem w oczachKlary błysk przychyłności, następowało załamanie. Znów ponawiałem wyznania,burząc sklecone z takim wysiłkiem zaufanie do moich obietnic!Najgorsze jednak były noce. Prowadziłem z Klarą urojone dialogi, osiągałemurojone zwycięstwa, tuliłem ją nagą w ramionach. Rorgorączkowany, na wpółprzytomny, przeżywałem w wyobra1/4ni upragnione rozkosze. Odczuwałem w mózgumuśnięcia obłędu. Nad ranem zapadałem w sen równy śmierci, a po parugodzinach budziłem się ze ściśniętym sercem. Zastanawiałem się nad moim stanem. Zdawałem sobie sprawę z erotycznejpsychozy, której ulegałem wbrew rozsądnej analizie jej bezsensu, i snułemcoraz to nowe niedorzeczne zamysły.Klara nie chciała się ze mną widywać. Nie mogła znieść mojej natarczywości.Czaty na ulicy były daremne. Mariana ktoś ostrzegł, żeby się miał nabaczności, gdyż pod domem Klary wystaje agent Gestapo. To mnie brano za agenta.Gdy telefonowałem, Klara odkładała słuchawkę. Gdy dzwoniłem do drzwi, paniAntonina oświadczała przez łańcuch, że Klara wyszła i nie wiadomo kiedy wróci.Doprowadzony do rozpaczy, napisałem do niej list pełen brutalnych zarzutów i zniewag. Potem listownie błagałem ją o przebaczenie, żebrałem łaski,posyłałem kwiaty, których nie przyjmowała.Od czasu do czasu udawało mi się dopaść ją na ulicy albo przez podstawioneosoby zwabić do kawiarni. Wtedy znowu powtarzały się te same sceny. Klarabyła chłodna i nieprzejednana, a ja zalewałem ją potokiem natarczywych,rozpaczliwych i beznadziejnych wyznań. Wydawało mi się niepodobieństwem,aby tak gorące uczucie nie miało w końcu skruszyć jej obojętności.Po każdorazowym starciu szła szybkim krokiem do domu, a przy pożegnaniu zobra1/4liwym zniecierpliwieniem wyrywała dłoń, do której przywierałem wdługotrwałym pocałunku.Była bezlitosna, nieubłagana. Twarda i zimna jak kamień. Zazdrościłem owym stuprocentowym mężczyznom, którzy, trafiając na opór zestrony kobiety, ustępują bez walki. Odwracają się na pięcie i szukająszczęścia gdzie indziej.Marian od dawna wyprowadził się z domu. Tak dalece zaangażował się w sprawykonspiracji, że, aby nie narażać matki i mnie, zmienił zameldowanie, nazwisko i dokumenty. Mieszkał u różnych przyjaciół i niezmiernie rzadko pokazywał się w domu. Zachował jedynie łączność telefoniczną. Pewnego dniawpadł, żeby zabrać resztki kości słoniowej. Znajdował widać czas na swojąsztukę, która stanowiła jego największą pasję.Nieobecność Mariana pozbawiła mnie zaufanego powiernika. Pozostała mi tylkomatka. Obserwowała moje udręki, ale przez dyskrecję nie zadawała pytań. Zczasem jednak sam ją wtajemniczyłem w moją nieszczęśliwą miłość i nierazprosiłem, aby telefonowała do Klary. Pani Antonina dawała się wziąć na tenpodstęp i prosiła Klarę do telefonu. Dzięki temu miałem możność wymóc naniej krótką rozmowę albo nawet obietnicę spotkania.Zobaczyła się ze mną po owym obelżywym liście. Nie czuła się nim doknięta.Przeciwnie, tonem pełnym wyrozumiałości powiedziała:- Mężczyma, który naprawdę kocha, nie potrafiłby tak napisać do ukochanejkobiety. Przez ciebie przemawia gorycz i gniew. To nie są dobre uczucia.Nie powinieneś blu1/4nić.Blu1/4nić? Tak! Miała prawo przemawiać do mnie w ten sposób, skoro uczyniłemją swoim bóstwem.- Klaro - odrzekłem - cokolwiek się stanie, będę kochał cię zawsze. I będęczekał aż do śmierci. Czy mi wierzysz?- Wierzę ci i wcale nie lekceważę twoich uczuć. Czekaj. Kto wie, co namżycie jeszcze przyniesie.Zdawało się, że słowa te mówiła bez obłudy, ale niedaleka przyszłośćwykazała ich fałsz.Pewnej niedzieli spotkałem w "Boccaccio" Pawła Romanowskiego. Czekał naKlarę. Pił wódkę i ręce trzęsły mu się z podniecenia. Odniosłem wrażenie,że jest pijany albo ma gorączkę.Spoglądał nerwowo na zegarek, stopą wybijał pod stołem potrójny takt. Wreszcie powiedział zduszonym głosem:- Ta kobieta doprowadza mnie do szaleństwa. Zabiję ją albo siebie.Klara nie przyszła. Zostawiłem Pawła i przez jakiś czas jeszcze czekałem naulicy. Byliśmy obaj ofiarami tej samej udręki.Po kilku dniach dowiedziałem się, że Paweł otruł się luminalem. Przezcztery dni leżał bez przytomności w szpitalu Ujazdowskim. Wreszcie udałosię go odratować. Gdy przyszedłem go odwiedzić, wyznał mi słabym głosem:- Tutejszy ordynator to zacności człowiek. Powiedział mi, że jeśli znajdęsię w opresji, będzie mógł mnie zawsze co najmniej miesiąc przetrzymać wszpitalu. On miał co innego na myśli... Ale ty wiesz... Tylko nie mów nicKlarze.Paweł miał pod oczami sińce do połowy twarzy. Mówił z trudem. Po chwiliprzerwy rzekł z rozdrażnieniem:- Ona ma jakąś psychicmą skazę... To nie jest kobieta normalna. Widzi światpoprzez okulary mikroskopu. Człowiek jest dla niej tylko powiększonymmikrobem. Dlatego pasjonuje się bakteriologią. Do ludzi ma wstręt, wierzmi. W tym jej pięknym kształcie nie ma nic ludzkiego. Czarownica, po prostuczarownica.Patrząc na Pawła i słuchając jego słów, czułem, jak lodowate igłyprzeszywają mi mózg. Zrozumiałem, że jestem na granicy podobnej depresji.Ogarnęło mnie pragnienie ratowania się za wszelką cenę. Nie wolno byłodoprowadzić się do kompletnego rozprzężenia nerwów. Najgorsze były noce.Postanowiłem unikać tych nocy, podczas których sam siebie torturowałemobłędnymi urojeniami.3W Warszawie w okresie okupacji rozpowszechniły się potajemne domy gry. Niejest wykluczone, że Niemcy mieli tam swoich konfidentów i może dlategotolerowali ich istnienie. W każdym razie rzadko zdarzały się wsypy, chociażkluby czynne były po godzinie policyjnej i gra trwała przez całe noce dorana.Za studenckich czasów karty stanowiły moją wielką namiętność. Kilkakrotniezgrałem się jednak do nitki, a raz o mało nie doprowadziłem ojca do ruiny.Wtedy poprzysiągłem sobie nie siadać nigdy więcej do zielonego stolika.Przez wiełe lat trzymałem się twardo danego ojcu przyrzeczenia.Teraz nadszedł przełomowy moment. Zrozumiałem, że namiętność do Klary mogęzwalczyć tylko przy pomocy innej, równie silnej namiętności.Jeden z moich dawnych znajomych, Jerzy Podbiełło, zamożny niegdyś szlagon igracz, wysiedlony przez Niemców z majątku, prowadził w swoim obszernymwarszawskim mieszkaniu klub brydżowy. Dostęp do niego mieli wyłącznieludzie dobrze mu znani oraz wprowadzeni przez nich goście.Obok partii brydża zawsze organizowały się dwa lub trzy stoliki pokera. Tobył właśnie mój żywioł i moja namiętność. Stałem się codziennym bywalcemklubu i w kartach znajdowałem całkowite zapomnienie. Bezsennie spędzanenoce przestały być męczarnią, przeciwnie, przynosiły ukojenie moimstarganym nerwom. Zapamiętywałem się w grze i oddawałem się we władaniekart. Kto sam nie jest graczem, ten nigdy nie pojmie, na czym polega ichszatańska magia. Najbardziej zrównoważony racjonalista musi po pewnymczasie poddać się jej nieubłaganemu oddziaływaniu.Niech sobie mędrkowie przywołują do pomocy teorię wielkich liczb, teorięprawdopodobieństwa, wszystkie możliwe filozofie świata. My, gracze, wiemy,że żadna z nich nie potrafi wytłumaczyć osobliwych fenomenów, objawiającychsię w układach kart, w ich przemyślnej złośliwości, w cyklicznych passach idepassach.Jestem przyrodnikiem, wyznawcą empiriokrytycyzmu i dialektycznegopojmowania zjawisk. A mimo to, albo może właśnie dlatego, przyjąłem zapewnik, że diabelskie siły w tym jednym jedynym wypadku dochodzą do głosu.Różne istnieją wersje o powstaniu kart. Wynalezienie ich przypisuje się Chaldejczykom, Egipcjanom, Żydom, Cyganom. Najbliżsi jednak prawdy są ci,którzy je przypisują diabłu. I chociaż rozum odrzuca tę myśl jakoniedorzeczną, sama rozbieżność w dociekaniach badaczy nadaje jej pozoryprawdopodobieństwa. Nigdy nie przyznałbym się do takiej małoduszności,gdybym przez szereg lat nie doświadczał na sobie stale i zawsze jednakowozłośliwej igraszki pięciu kart.Czy można w sposób logiczny i rozsądny wytłumaczyć uporczywe pojawianie siędwóch siódemek w kilkudziesięciu kolejnych rozdaniach? Czy można pojąć,dlaczego jedna z dokupowanych kart, w dziewięciu wypadkach na dziesięć,jest siódemką pik? Dlaczego siódemka jest zawsze pierwszą z otrzymywanych wrozdaniu kart? Dlaczego kombinacja z trzech czy nawet czterech siódemekmusi za każdym razem przynieść przegraną?To ja właśnie od lat byłem ofiarą tych przeklętych układów i nie zdarzałosię, abym zdołał uniknąć ich wyrafinowaneJ przewrotności.Tylko gracz może mnie zrozumieć i dla graczy przeznaczam te wynurzenia.Mógłby ktoś podejrzewać, że zbyt gwałtowne namiętności doprowadziły mnie dozachwiania równowagi umysłowej. Takie posądzenie byłoby bezpodstawne.Wprawdzle doznałem silnego szoku w wypadku samochodowym, ale wszystkiepó1/4niejsze badania wykazały całkowitą równowagę psychiczną.Tak więc noce spędzałem w klubie. Nad ranem wracałem do domu śmiertelnieznużony i zasypiałem twardym snem. Nie nękały mnie już wyczerpująceerotyczne wizje. W moich snach przewijały się postacie przeistoczone w asy,walety, dziewiątki. Niezliczone kombinacje figur, honorów i blotek roiłysię w uśpionej wyobra1/4ni. Namiętność gracza brała powoli górę nad niezaspokojoną namiętnością mężczyzny.Mój ojciec był wziętym architektem. Swoje znaczne dochody lokował wnieruchomościach. Ale dopiero po jego śmierci dowiedzieliśmy się, jakpoka1/4ny majątek nam pozostawił. Podczas okupacji w miarę potrzebysprzedawaliśmy place rozsiane na dalekim Mokotowie, na Żoliborzu, na Pradze. Mogłem więc pozwolić sobie na bo, żeby grać i przegrywać. Aprzegrywałem stale. Stale padałem ofiarą fatalnych siódemek, któreprześladowały mnie i pastwiły się nade mną jak pająk nad muchą.Grywałem zazwyczaj w partii, do której należał pewien adwokat z Siedlecoraz szpakowaty pan, podający się za rotmistrza, a także właściciel barukawowego i znany warszawski księgarz.Skład partii nie był oczywiście stały. Partnerzy się zmieniali. Niezmiennabyła tylko moja depassa i nieprzezwyciężony pech.Z asowym fulem trafiałem na cztery siódemki, z czterema siódemkamiprzegrywałem do czterech waletów. Siódemki w walce ze mną święciły swojetryumfy. I nie tylko one. Szczególnie utkwiło mi w pamięci jedno spotkanie. Dostałem cztery asy z ręki. Dwaj partnerzy uporczywie przebijali otwarcie.Moje przebicie było ostatnie. Obaj dokupili po dwie karty, a więc tym razemmusiałem wygrać. W puli piętrzył się stos banknotów. Zagrałem z najwyższejstawki. Rotmistrz odpadł, ale mecenas przebił. Dodałem, gdyż nie lubiępastwić się nad partnerem. I wtedy ujrzałem na stole wyłożonego pokera. Awięc ten szaleniec z trzema kartami w kolorze wytrwał pomimo wysokichprzebitek do końca. I wygrał! Niefortunne spotkania podsycały jeszcze bardziej moją pasję gry. Czułemniemal namacalnie, jak demon hazardu zapuszcza we mnie swoje macki,doprowadza nerwy do stanu najwyższego napięcia, a z zapadnięciem zmierzchuciągnie za włosy do klubu. Teraz Klara zaniepokoiła się moim pozornym zobojętnieniem. Zagrała w niejzapewne zwykła kobieca próżność. Niespodziewanie zadzwoniła, żebymprzyszedł w południe na Puławską do baru kawowego. W rozmowie z nią byłemsarkastycznie błyskotliwy, starałem się okazywać jej galanterię bez dawnejsentymentalnej wylewności, trzymałem się na wodzy, aby jej nie spłoszyć.Ale wewnętrznie znowu dygotałem z pożądania.Zaprosiłezn ją na przekąskę do małej restauracyjki na rogu Puławskiej iMalczewskiego. Wypiliśmy po parę wódek. Wpływ alkoholu, a zwłaszczaobecność Klary wprawiła mnie w stan nienaturalnej wesołości. Opowiadałemjej beztrosko zmyślone historie o ptakach, które z miłości rozpruwają sobiepierś i zżerają własne serce. Mówiłem też o moich nocnych eskapadach, omagii kart, o tyranii siódemek. Zbyt przejrzyste aluzje obracałem w żart ioboje śmialiśmy się z tych bzdurnycb opowiadań.Po wyjściu z restauracyjki szliśmy ulicą Puławską. Na placu u wylotu ulicySzustra ujrzeliśmy karuzelę. Rozochocony zaproponowałem Klarze przejażdżkęna drewnianych koniach. Klara kategorycznie odmówiła. Karuzela stała nieruchoma, gdyż letni, gorący dzień i wczesna południowa pora niezachęcały nikogo do zawrotnej jazdy. Wobec tego wręczyłem banknotwłaścicielowi karuzeli i sam z fantazją dosiadłem rumaka. Maszyneriaruszyła i oto wirowałem w koło posyłając Klarze pocałunki. Stała nachodniku i śmiała się wesoło, gdyż robiłem głupie miny, a poły marynarkirozwiewały mi się na wietrze jak pokraczne skrzydła. Udawałem ptaka, którypożera samego siebie.Naraz na placu powstał popłoch, Ze wszystkich stron zajechały budy.Wyskoczyli z nich esesmani i zaczęła się łapanka. Ludzie pouciekali dobram, znikła Klara, ulotnił się właściciel karuzeli. Esesmani, wymachująerozpylaczami, zagarniali wszystkich, kto nie zdążył uciec. Wrzeszczeli,popychali kolbami opieszałych przechodniów i wpychali ich brutalnie do bud.Kręciłem się na karuzeli z przerażeniem w sercu, bez możności zatrzyznaniasię ani ucieczki.Jeden z esesmanów podbiegł do karuzeli i krzyczał z wściekłością:- Halt! Halt!Obracałem się jednak dalej, obejmując kurczowo drewniany łeb.- Halt! Halt! - wrzeszczał esesman i parokrotnie wystrzelił z pistoletu,celując we mnie.Po kwadransie budy, załadowane lud1/4mi, zaczęły odjeżdżać. Esesman strzeliłjeszcze dwukrotnie w moim kierunku, machnął ręką i wskoczył do samochodu.Na opustoszałym placu zostałem sam jeden na wirującej karuzeli.Upłynęło sporo czasu, zanim wystraszeni przechodnie wylegli znów na ulicę.Niebawem ukazała się również Klara. Stała oparta o mur i chusteczkąwycierała twarz. Plac znowu zapełnił się lud1/4mi. W sąsiednich ulicach odbywał się już normalny ruch, a ja wciąż wirowałem na karuzeli, zrozwianymi włosami i dojmującym szumem w głowie. Nikt nie zwracał na mnieuwagi, tylko Klara wyciągała ręce i dawała mi rozpaczliwe znaki. Byłemprzekonany, że właścicael karuzeli padł ofiarą łapanki i nikt już nigdy niezatrzyma tej piekielnej maszynerii. Wreszcie jednak zjawił się także i on.Karuzela zaczęła zwalniać obroty, potem zatrzymała się. Zszedłem na ziemięzataczając się jak pijany. Klara podbiegła do mnie i w tym właśnie momenciedostałem gwałtownycb torsji. Wymiotowałem na jej białą bluzkę, nie mogąc wżaden sposób opanować mdłości. Klara wycierała się pośpiesznie, z grymasemobrzydzenia. Zatrzymała przejeżdżającą rikszę i odjechała.Po tej żałosnej przygodzie czułem się pogrzebany w jej oczach. Wszystkobyło stracone. Zamach samobójczy Pawła mniej był kompromitujący niż mojewymioty.W klubie grałem tego dnia po wariacku, bluffowałem bez sensu. Upierałem sięprzy damie karowej i pozbywając się wszelkich szans dokupywałem do niejcztery różne karty. Rano wróciłem zgrany do domu i zapadłem w sen pełenkoszmarów. Śnił mi się wielki pająk, który wysysał ze mnie krew, Miałsiedem pikowych nóg i głowę Klary.W południe obudził mnie osobliwy gość. Matka wprowadziła go do mego pokoju,chociaż jeszcze leżałem w łóżku.- Pan mówi, że ma do ciebie jakąś niezwykle ważną sprawę.Poznałem w nim bywalca klubu. Był to starszy jegomość, cierpiący na astmę,niepozorny, o bezbarwnej twarzy. Podawał się za pracownika elektrowni.Grywał w taniego brydża, ale potrafił też godzinami kibicować przy pokerze.Sam nigdy do pokera nie siadał.- To dla mnie za droga zabawa - mawiał, gdy nam zabrakło piątego i zapraszaliśmy go do gry.Po wyjściu matki usiadł, przysunął krzesło do mojego łóżka i powiedziałpoufnym tonem:- Przyszedłem, żeby wyjawić panu całą prawdę. Do waszego klubu wcisnęli sięszulerzy.Wiadomość ta wydała mi się nieprawdopodobna, gdyż Podbiełło przyjmował usiebie tylko ludzi znanych albo z poważnej rekomendacji.- Skąd pan to wie? - zapytałem.- Stąd, że sam jestem szulerem. Ale tamci oszukali mnie przy podziale.Dlatego postanowiłem ich wsypać.- Któż to są ci szulerzy? - zapytałem z niedowierzaniem.- Rotmistrz i mecenas. Ani pierwszy nie jest rotmistrzem, ani drugiadwokatem. To tylko tak się mówi dIa wzbudzenia zaufania. Trzeba panuwiedzieć, że szulerzy nigdy nie działają w pojedynkę. Ten, co rozdajekarty, podrzuca drugiemu odpowiednie kombinacje, a kibic pomaga. Daje umówione znaki.Po tym wstępie mój dziwny gość wyjął z kieszeni talię kart i ujawnił miwszystkie szulerskie chwyty, na pozór proste, ale wymagające wielkiej zręczności. Ten, co rozdaje karty, nigdy nie wchodzi do gry. To odsuwa podejrzenia. Wspólnicy początkowo udają, że się nie znają wzajemnie. Po uroczystej prezentacji początkowo uchylają się od uczestniczenia w tejsamej partii. Trzeba ich prosić, namawiać. Te skomplikowane manewry mająuśpić czujność graczy. Po czym współpraca ich przebiega bez zakłóceń.O wizycie szulera opowiedziałem Podbielle. Sytuacja była skomplikowana.Zdemaskowanie szulerów i usunięcie ich z klubu uznaliśmy za zbyt ryzykowne.Mogli przez zemstę nasłać Gestapo. Podobny wypadek zdarzył się w klubieElny Gistaedt. Uchroniło ją szwedzkie obywatelstwo.Trzeba więc było pogodzić się z obecnością szulerów. Siadałem z nimi dopokera, patrzyłem im na ręce, nie zdołałem jednak zauważyć nic podejrzanego. Obrałem więc inny system. Wchodziłem do gry tylko wtedy, gdykarty rozdawałem ja albo księgarz. W rezultacie zacząłem wygrywać, chociażsiódemkl prześladowały mnie nadal. Prawdę mówiąc, te igraszki z szuleramiobudziły we mnie nową odmianę namiętności. Pasjonowałem się dodatkowozmyślną metodą przechytrzania oszustów.Po co to wszystko opowiadam? Czy można zagłuszyć miłość i zaspokoićnienasycony głód serca przy pomocy magii kart, w dodatku gdy ją wspomagająszulerskie sztuczki?Tęsknota dręczyła mnie ze zdwojoną siłą. Nie mogłem dłużej panować nadsobą. Poszedłem któregoś dnia do Klary, ukląkłem przed nią i przylgnąłemustami do jej stóp. Klara stała wyniosła i niewzruszona.4 Jesienią 1941 roku Marian, po kilku tygodniach milczenia, zjawił się niespodziewanie pó1/4nym popołudniem.Matka drżała z niepokoju o niego, nie mogła więc ukryć wzruszenia i zwypiekami na twarzy krzątała się przy nim, okazując mu przesadną czułość.Marian był małomówny jak zwykle. Dopiero gdy wręczyłem mu jego część zesprzedanego ostatnio placu, z zadowoleniem schował do kieszeni plik "górali", ożywił się i wesołe iskierki zamigotały mu w oczach.- Niemcy zajęli Kijów - powiedział po chwili i znowu spoważniał.Matka zaczęła go wypytywać o jego sprawy. Gdzie znieszka, gdzie jada, czynie zanadto się naraża? Odpowiadał wymijająco i nagle, jakby chodziło o rzecz bez znaczenia, rzucił mimochodem:- Ach, prawda... Chciałem was zawiadomić że jutro rano jest mój ślub... Oósmej u Wizytek. Mama nie musi tak wcześnie się zrywać, ale ty przyjd1/4, będziesz moim świadkiem.Wiadomość ta była tak nieoczekiwana, że matka aż podskoczyła na krześle:- Żenisz się? W tych czasach? Z kim?- Wiktor ją zna - powiedział Marian wskazując na mnie. - To KlaraPopielska.Oniemiałem. Matka zagryzła dolną wargę, a twarz jej wyrażała takąkonsternację, w oczach było tyle przerażenia, że Marian zerwał się od stołui zamachał ręką, jak gdyby chciał usunąć niewidzialną zaporę.- Mamo! Okupacja to nie tylko walka i wyczekiwanie na lepszą przyszłość.Ludzie muszą pracować, uczyć się, kochać, zakładać rodziny. Muszą miećzwykły dzień powszedni. Taka jest normalna biologiczna konieczność. Bimberi karty to nie jest droga do przetrwania.Spoglądałem na brata, który był rzekomo bli1/4niaczo do mnie podobny, zuczuciem wzbierającej nienawiści. Nie wiem, co malowało się na mojejtwarzy, gdy matka zawołała:- Wiktorzel Błagam cięl Boże mój, Boże!- Dobrze - powiedziałem z udanyun spokojem. - Będę jutro na ślubie.Po tych słowach wyszedłem do łazienki i długo zlewałem sobie głowę zimnąwodą. Zrezygnowałem z pójścia do klubu. Demon gry na próżno usiłowałzapuścić we mnie swoje szpony.Po ślubie pani Antonina wyprawiła skromne weselne śniadanie. Przyniosłemkwiaty i dwie butelki francuskiego szampana. Zachowywałem kamienny spokój,a raczej moje serce zamieniło się w kamień.Oprócz osób najbliższych obecna była Zuzanna, młoda lekarka, przyjaciółkaKlary, oraz daleka jej krewna, Guga, ładna i zalotna, ale nieznośniekrzykliwa. Wreszcie - Paweł Romanowski. Jego twarz, blada i posępna,odznaczała się typowo męską urodą. Patrząc na niego odnosiło się wrażenie,że jest to człowiek mocny i pewny siebie. Ja jeden znałem słaby, nieodpornycharakter Pawła. Tego dnia jego świetne obycie towarzyskie pozwoliło muzachować się swobodnie i niewymuszenie. Brylował przy stole, dowcipkował,wygłosił błyskotliwy toast, ale wszystko, co mówił, przepojone było sarkazmem. Nie chciało się po prostu wierzyć, że Klara mogła go odtrącić,tak bardzo górował nad Marianem, który przy nim wydawał się nieokrzesanym prowincjuszem. Wobec Pawła ja także odczuwałem swoją niezręczność. Siliłemsię na dowcip, starałem się emablować Gugę, ale w niczym nie mogłemzachować umiaru i z przesadnej egzaltacji wpadałem w płaskie banały. Naszczęście wszyscy byli trochę wstawieni i moje nieudolne popisy ginęły wogólnym gwarze.Klara, zaróżowiona, promienna, na ten dzień pozbyła się swego wrodzonegochłodu. Stała się jakaś dziewczęca i ludzka. Zachwycająca. Patrząc na niąchciało się ją posiąść lub umrzeć. Wymieniłem z Pawłem spojrzenia izrozumieliśmy się bez słów.Gdy wstaliśmy od stołu, Klara zaprosiła nas na kawę do swego pokoju. I tuprzed naszymi oczami roztaczył się cud. Na ścianie wisiało kilkanaścieminiatur, dokładnie - czternaście, a każda z nich przedstawiała wizerunekKlary, za każdym razem innej. Dopiero w komplecie oddawały osobliwązmienmość rysów tej zadziwiającej twarzy, której syntezę udało sięMarianowi utrwalić niemal genialnie. Porównanie z Coswayem czy Isabeyembyłoby tu nie na miejscu. Zamarliśmy w podziwie. Nawet gadatliwa paniAntonina, nawet hałaśliwa Guga w milczeniu przyglądały się areydziełom,które nazwałbym Galerią Klary. Zrozumiałem, że tak niepospolity artystamógł zawładnąć jej sercem.- To wszystko jest nieudane - rzekł Marian stropiony naszym milczącympodziwem. - Muszę zacząć od początku. Spróbuję teraz malować na porcelanie.Widziałem jego twarz, a równocześnie moją własną, odbitą w lustrze. Byliśmyw tym momencie uderzająco do siebie podobni. Ale Klara patrzyła na Mariana.Przypomniały mi się jej okrutne słowa:- Czekaj. Kto wie, co nam życie jeszcze przyniesie...Już wtedy, gdy to mówiła, musiała być zakochana w Marianie. Czy wierzycie w demony? Czy może wierzyć w demony przyrodnik, racjonalistai empiryk?A jednak demom pokierował moją ręką. Porwałem ze stołu butelkę benedyktynai z całych sił ugodziłem nią w sam środek Galerii Klary. Rozległ się brzęktłuczonego szkła i plaśnięcia spadających miniatur. Gęsty likier spływał po ścianie. Kątem oka zdąży#em jeszcze dojrzeć osuwającą się na fotel matkę. Odepchnąłem Klarę, wyrwałem się z rąk Pawła i zostawiając za sobą czyjeśwołania i krzyki, wybiegłem na ulicę. Zdyszany wpadłem do klubu. Byłemprawdopodobnie kompletnie pijany.Rotmistrz i mecenas, cedząc kawę, czekali na partnerów, Zawołałemprowokująco:- Panówie szulerzy! Wyzywam was na ostrą grę. Proponuję dwudziestomarkowegopokera. Macie szansę, bo jestem kompletnie pijany.- Widać to - rzekł spokojnie rotmistrz. - Tylko dlatego nie dostanie panode mnie po pysku.- Kruk krukowi oka nie wykole - powiedziałem z nonszalancją i kazałemprzynieść karty. Podbiełło, aby załagodzić przykry incydent, usiadł z namido gry. Zdemaskowani przeze mnie szulerzy zrezygnowali widocznie zpodejrzanych chwytów i grali każdy na własną rękę.Siódemki osaczyły mnie jak zwykle, ale tym razem sprzymierzyły się ze mną.Z dwóch par układały się w fule, roiły się po trzy i po cztery, przynoszącmi za każdym razem wygraną. Demon gry zląkł się widocznie, że mogę wymknąćsię spod jego władzy, jak to było dnia poprzedniego. Przede mną rósł stosbanknotów, na których mi nie zależało. Przegrałem największą stawkę mojego życia.Około północy poszedłem do kredensu zamówić kawę. Był to duży, ponury pokój, zapełniony ciężkimi meblami w stylu gdańskim. Na jednej ze ścianwisiała w rzędach cenna kolekcja porcelanowych i fajansowych talerzy.Paliły się tylko boczne kinkiety. Zaszyty w najdalszy kąt, nad szklankąwódki siedział Marian. W pierwszej chwili nie poznałem go, tak byłzmieniony. Nie potrafiłbym opisać tej twarzy ze skamieniałym, bolesnymgrymasem, z obwisłą dolną wargą i martwym spojrzeniem, jak u trupa. WidokMariana w klubie, gdzie nigdy dotąd nie bywał, w porze, na którą przypadałajego noc poślubna, obudził we mnie najgorsze przeczucia. Czyżby przyszedłporachować się ze mną za mój niepoczytalny, pijacki wybryk? Jednak szklanyjego wzrok nie wyrażał gniewu. Skinął na mnie i wskazał krzesło stojąceobok. Przez chwilę milczeliśmy obaj, patrząc sobie w oczy:- Wytrze1/4wiałeś? - spytał Marian.- Tak, wytrze1/4wiałem.,. Nienawidzisz mnie? Zachowałem się jak chłystek.- Nieważne. Wszystko jest nieważne. Idę w twoje ślady. Staczanie sięrozpoczynam od klubu.Znowu zapadło milczenie.- Marian, czy stało się coś złego? Powiedz. Przecież coś musiało się stać.- Nie, nie teraz... Nie pytaj... To wszystko jest straszne... Okropne...Można oszaleć... Nie dążyłem do małżeństwa... Ze względu na ciebie... aleznasz Klarę... była piekielnie zasadnicza. Nic bez ślubu. Zgodziłbym się nawszystko... Zrobiła ze mnie szmatę.- Więc co zaszło między wami? - spytałem drżąc z niepokoju izniecierpliwienia, aby dowiedzieć się prawdy.- Błagam cię, nie pytaj... Może kiedy indziej... Teraz nie mogę...Uciekłem, widzisz. To było potworne. Muszę zebrać myśli.Opróżnił szklankę i poszedł po następną. Zauważyłem, że chwieje się nanogach. Zawołałem:- Marian! Dosyć! Nie pij już więcej. Będzie ci gorzej.- Nie może być gorzej, niż jest.- Ale Klara! - zawołałem - Co z Klarą?- Jest wolna. Wracaj do swoich kart. Pó1/4niej tam przyjdę.W tym momencie u drzwi frontowych rozległy się gwałtowne dzwonki. Gwardobiegający z sąsiednich pokojów ucichł. W drzwiach zobaczyłem mundury i czapki gestapowców.Jedno kopnięcie hitlerowskiego buta unicestwiło w jednej chwili demonanamiętności i demona gry.5O kacetach pisało się już wiele. Tuż po wojnie dwa zeszyty moich zeznań zpobytu w Oświęcimiu posłużyły prokuraturze jako materiał dowodowy wprocesie norymberskim, a potem w procesie Hoessa. Działałem w obozowymruchu oporu, dzięki czemu lepiej od innych poznałem cały tragizm obozowegożycia i śmierci, cały mechanizm ludobójstwa.Teraz pragnę wspomnieć jedynie losy mego brata Mariana.Jego załamanie psychiczne postępowało tak niewiarygodnie szybko, że już podwóch miesiącach, pomimo największych moich wysiłków i starań, stał sięcieniem człowieka. Sypialiśmy na jednej pryczy, pod jednym kocem, i żarłynas te same wszy. "Eine Laus - dein Tod." Zdobywałem dla Mariana dodatkoweporcje zupy, oddawałem mu własny chleb, żeby go jak najdłużej utrzymać przyżyciu. Korzystając z naszego bli1/4niaczego podobieństwa, wziąłem na siebiewyznaczoną znu karę chłosty. Od jugosłowiańskich towarzyszy wyżebrałem dlaniego ciepłe skarpetki. Starałem się wszelkimi siłami podtrzymać go naduchu, aczkolwiek prosił, żebym się nim nie zajmował, gdyż nie ma po cożyć. Spoglądał na swoje delikatne ręce artysty, odmrożone i całe w ranach.- Myśl o sobie. Ze mnie już nic nie będzie.A ja? Tak, ja chciałem przetrwać. Rozstanie Mariana z Klarą obudziło wemnie nowe nadzieje. Pamiętałem jej słowa:- Czekaj... Kto wie, co nam życie jeszcze przyniesie?Próbowałem raz i drugi wyciągnąć Mariana na zwierzenia. Nie byłem w staniedociec, co mogło zajść między nim i Klarą, jaki dramat krył się w ichjednodniowym małżeństwie.Moje natarczywe pytania wywoływały w nim zniecierpliwienie i rozpacz.- Wiktor, nie dręcz mnie, Czy ci nie dość apeli, pieców, tych nieludzkichokropności? Jeszcze musisz zadawać mi dodatkowe tortury? Przestałem istniećjako człowiek. Nie mam wczoraj ani jutra. Moje życie dobiega końca. Daremnetwoje wysiłki. Ja nie chćę żyć. Rozumiesz?Nie dawał się ratować. Przyjmował ciosy z samobójczą biernością. Niestawiał im oporu. Ginął samochcąc.Spośród osób, wygarniętych owej pamiętnej nocy z klubu, w tym samym blokuznalazł się mecenas, który wkrótce, dzięki świetnej znajomościniemieckiego, zdobył sobie wygodną funkcję. Przez długi czas grał ześmiercią, oszukiwał ją i wygrywał. Dopomógł mi też w umieszczeniu Mariana wbloku szpitalnym, czyli tak zwanym rewirze. Drugi mój wierny przyjaciel - rotmistrz, okazał się doświadczonym majstrem stolarskim i pracował przybudowie nowego baraku. Dobrych fachowcbw w jakimś sensie ceniono, a raczejoszczędzano. Dostawałem od niego codziennie łyżkę pokostu, ohydnego wsmaku, ale cennego ze względu na zawartość tłuszczu. Nieszczęsny Marian,niestety, nie mógł go przełknąć, podczas gdy ja robiłem wszystko, comożliwe, żeby przeżyć. Klara jak dobry duch dodawała mi wytrwałości, amyśli o niej podtrzymywała we mnie słabnące siły psychiczne.Łudziłezn się nadzieją, że moje bli1/4niacze podobieństwo do Mariana pozwolimi go zastąpić w jej sercu. Ulegając tym mrzonkom, nie czułem wyrzutówsumienia. Przecież rozstali się bez mojej winy i miejsce przy Klarze byłowolne.W połowie lutego Marian podpadł jednemu z esesmanów, który skatował go, apotem kazał oblać wodą i postawić na mrozie. Gdy moje komando wróciło z pracy na obiad, dowiedziałem się od mecenasa, że Marian znalazł jeszcze wsobie dość sił, by dowlec się do drutów i na nich zakończyć obozowemęczarnie. Tak umarł mój ukochany brat, a polska sztuka straciła jednego znajwiększych swoich artystów.Dzięki sprytowi mecenasa i staraniom rotmistrza udało mi się przyłączyć dogrupy stolarzy. Odtąd pracowałem pod dachem, co chroniło przed zimnymwichrem, śniegiem i deszczem. Za drobne wyroby z drzewa dostawaliśmy odkucharza dokładkę z dna kotła, gdzie zupa była najgęstsza. Do zupydolewaliśmy zawsze trochę pokostu. Okraszona w ten sposób zawierała bąd1/4 cobąd1/4 nieco więcej kalorii. Kapo, przekupiony przez nas parą butów, któreprzemycił mecenas, patrzał przez palce na ubywający stale pokost.W wolnych chwilach grywałem z rotmistrzem w kości, misternie wycięte zdrzewa. Stawką w grze było jedno "sztachnięcie". Rotmistrz nie potrafiłoprzeć się pokusie. I tutaj także zaczął szachrować. Przyłapałem go, jakzręcznie podmieniał kostkę na inną, ukrytą w rękawie. Miała z jednego bokuwbity kawałek ułamanej szpilki, dzięki czemu mój niepoprawny szuler zakażdym razem wyrzucał szóstkę.Tak działo się w obozie. Dzisiaj, po zdobyciu przy mojej pomocy niezbędnychkwalifikacji, rotmistrz zajmuje odpowiedzialne stanowisko w jednym zprzedsiębiorstw budowlanych. Jest powszechnie szanowany i, jak twierdzi,kart używa wyłącznie do zabawy z dziećmi. Ma ich dwoje, a ja jestemchrzestnym ojcem jednego z nich. Nasz przyjaciel mecenas nie dożył końcawojny, chociaż wielu skazańców uratował od śmierci. Demon gry nie przyszedłmu w niedoli z pomocą.Wybiegłem nieco naprzód, mówiąc o pó1/4niejszych losach moich przyjaciół. Atymczasem nasze życie obozowe przebiegało ze zmiennym szczęściem. Wymagałosprytu, odwagi, przemyślności, szybkiej orientacji. Najlepiej udawało sięto rotmistrzowi. Potrafił w każdej sytuacji zmylić czujność esesmanów,blokowych, kapów, aby zorganizonvać nieco żywności. Mieliśmy zawszedodatkowe porcje chleba, a często nawet cebulę, kawałek kiełbasy ipapierosy. Był niewyczerpany w najzuchwalszych pomysłach i dbał o swoichpupilów jak dobry szef. Raz jeden tylko oberwał. Stracił wtedy prawe oko i kilka zębów.Ja brałem wielokrotnie potężne cięgi. Skoro jednak żyję i nie doznałemżadnego kalectwa, mogę przypisać to wyjątkowemu szczęściu. Przecież spędziłem w Oświęcimiu prawie trzy i pół roku.Po Powstaniu Warszawskim przybył do naszego lagru transport nowychwię1/4niów. Postawa ich mogła budzić wiele zastrzeżeń, ale byliśmy przedewszystkim spragnieni wiadomości o samym powstaniu, o Warszawie, o losachnaszych bliskich. Katakt z nowo przybyłymi początkowo był utrudniony,jednak my, starzy wię1/4niowie, wszędzie mieliśmy swoich ludzi.Po kilku dniach mecenas kazał mi przyjść wieczorem na tyły jednego zbloków, gdzie można było bezpiecznie ukryć się za stosem desek.- Wiktor, to ja - usłyszałem w ciemnościach znajomy głos. - Poznajesz mnie?Paweł.To był Paweł Romanowski.Długo ściskaliśmy sobie ręce. Pa1/4dziernikowy chłód wydał mi się ciepłympowiewem.- Paweł, mów... Co z matką? Co z Klarą?- Mają cię za umarłego. Klara po śmierci Mariana stawała na głowie, żebycię stąd wydostać... Przez dyrektora "Bristolu" dotarła do samegoFischera... Obiecał jej... A potem oświadczył, że już za pó1/4no... Matcedoręczono urnę z twoimi prochami.., Żyjesz, Wiktor, żyjesz! Niech ciędotknę... Skóra i kości... O, Boże...- Ale co z Klarą?- Mogę ci powiedzieć, jeśli chcesz. W zeszłym roku pobraliśmy się...- Ty z Klarą?- Słuchaj, to było potworne. Po-twor-ne... Uciekłem od niej... Rozumiesz?Marzyłem o niej lata... I uciekłem...Pobrali się? Uciekł od niej? Więc Klara żyje! Klara jest wolna! Ta myśldodała mi skrzydeł, jeśli w ogóle można mówić o skrzydłach na dnie takiegoupodlenia. Ptaki, wypłaszane przez dymy krematoriów, rzadko zjawiały się nanaszym niebie.W pobliżu rozległy się niemieckie przekleństwa, szczekanie psów, padłystrzały, błysnęło światło latarki elektrycznej.- Uciekać!Rozbiegliśmy się w różne strony. Przy wejściu do bloku dostałem deską pogłowie. Było to najmniejsze zło, jakie mogło mnie spotkać, chociaż wtedyzdawało mi się, że mam rozpłataną czaszkę.Przez następne dni szukałem spotkania z Pawłem. Nie wiedziałem, w którymjest bloku, a znalezienie wśród tysięcy cieni tego jednego cienia - niebyło łatwe.Mój mózg drążyło palące pragnienie poznania prawdy, spotęgowane w dodatkuprzez ból i gorączkę. A więc już drugi opuścił Klarę zaraz po ślubie.Przecież zarówno Marian, jak i Paweł szaleli z miłości do niej. Tak samojak ja. Paweł nazwał ją czarownicą. Ale Oświęcim wybił mi z głowy niedorzeczne wyobrażenia o demonach, czarach, o magii kart. Piekło, któretu poznałem, było gorsze od wszystkiego, co zdołał wymyślić obskurantyzm średniowiecza razem z inkwizycją i paleniem na stosie. Czarownica? Towcielenie chłodnego, uwodzicielskiego piękna? Moja Klara? Oni obaj, Mariani Paweł, postradali rozum. Napór namiętności, a potem jej nagłerozładowanie musiało wywołać w nich taki szok.Ja jeden przetrzymam wszystko. Mogą bić we mnie gromy i klęski, pałki kapówi ciosy moralne. Ja przetrwam i dobrnę do Klary, czy będzie to ogródudręczeń, czy kraina rozkoszy. Ja czekam. "Kto wie, co nam życie jeszczeprzyniesie."Wreszcie spotkałem Pawła. Przypadkiem, w latrynie. Ledwie się trzymał nanogach. Wypruwała z niego życie biegunka, ta mordercza choroba obozowa. My,starzy wię1/4niowie, wiedzieliśmy, że w takim wypadku trzeba przez parę dnipowstrzymać się całkowicie od jedzenia. On nie mógł opanować głodu idlatego musiał zginąć. Powiedziałem mu o tym. Odrzekł mi z rezygnacją wgłosie:- Ja nie jestem silnym człowiekiem. W normalnych warunkach mogłem udawaćsilnego. Ale tu? Zobaczysz mnie w grupie muzułmanów, idących do pieca.Obiecałem mu, że pomówię z mecenasem, aby postarał się go zabrać do siebie,do magazynu. Potem pomogłem mu przejść kilkanaście metrów. Osunął się naziemię. Zapadał zmierzch i dął silny wicher, sypiąc gęstym, lepkimśniegiem. Na dwa kroki nic nie było widać. Każdej chwili mógł wyrosnąćprzed nami esesman, ale mnie obchodziło tylko jedno:- Paweł, nie wiem, kiedy się znów spotkamy... Może nigdy... Zaklinam cię...Powiedz mi całą prawdę o Klarze... Otwórz oczy, nie umieraj, słyszysz? Krzyczałem mu prosto w ucho. Paweł ocknął się z chwilowego zamroczenia,wreszcie zaczął mówić głosem przerywanym, ledwie dosłyszalnym w poświstachzamieci:- Zamarzniemy tu... Pomóż mi wstać...- Pytam o Klarę! Mów!- Racja... Powiem... Klara ma ogon... Rozumiesz? To nie jest prawdziwyogon... To takie przedłużenie kręgosłupa... Dwa czy trzy sterczące kręgi...Nie potrafię ci apisać wstrętu... Można się wyrzygać... Pomóż mi wstać...Wziąłem go na płecy i zaniosłem pod drzwi bloku. Na mnie czekał jużprzekupiony przez organizację blokowy. Zbliżał się koniec wojny i wieluspośród dotychczasowych naszych dręczycieli zaczęło się bać o własną skórę,Wsunął mi w rękę kawałek kiełbasy:- To od mecenasa. A to ode mnie.Po czym kopniakiem rzucił mnie na pryczę.Mecenas, dawny szuler, był obecnie duchem opiekuńczym najbardziejzagrożonych wię1/4niów. Tylko dzięki niemu Paweł utrzymał się na powierzchnii przetrwał.Leżałem na pryczy zziębnięty do szpiku kości, żułem po ciemku kiełbasę imarzyłem o Klarze. Wyobrażałem sobie tę jej dziwaczną anomalię, która wMarianie i Pawle obudziła tak nieodpartą odrazę i wstręt. Nie, oni jej niekochali! Trzeba być tępym prostakiem, żeby powiedzieć: "ona ma ogon".Nędzni, małoduszni głupcy! Tak! Nie waham się użyć tego określenia,aczkolwiek chodzi tu o mego brata, który zginął męczeńską śmiercią. Gdybynie uciekł od Klary, nie dostałby się w ręce Gestapo. Jego miejsce byłoprzy żonie, tej najcudowniejszej kobiecie świata, a nie w klubie wśródkarciarzy i szuLerów. Nie dziwię się Pawłowi. To zwykły snob. Ale Marian?Artysta? A tak pozbawiony wyobra1/4ni! Nie, moja miłość wytrzyma wszelkiepróby! Klara powiedziała: "Czekaj". Będę czekał.6Po wojnie wprost z obozu wylądowałem w Łodzi, gdzie zaproponowano midocenturę przy katedrze biologii. Objąłem to stanowisko, gdyż kadranaukowców, mocno przetrzebiona przez wojnę, musiała sprostać bieżącympotrzebom.Matkę odnalazłem bez trudu. Na ruinach naszego domu, z którego ocalałajedynie brama, znalazłem przybitą tekturkę z adresem w Opaczu. Nieuwierzyła ani w śmierć Mariana, ani w moją, chociaż przysłano jej dwie urnyi zawiadomienie, że zmarliśmy na zapalenie płuc. Teraz witała mnie łzamiradości, którymi jednocześnie opłakiwała Mariana.W drodze do Łodzi zagadnąłem ją o Klarę.- Klara? Odwiedzała mnie czasami. Dwa lata nosiła żałobę po Marianie, apotem wyszła podobno powtórnie za mąż. Nawet nie wiem, za kogo. Wtedyprzestałyśmy się widywać. Uważałam, że powinna była czekać do końca wojny.Tak postępowały inne żony.Matka nie dowiedziała się nigdy, że to Marian opuścił Klarę w noc poślubną.Po wojnie, gdy tylko znalazłem się w Łodzi, rozesłałem listy do wszystkichwyższych uczelni, które już istniały albo były w stadium organizacji, zzapytaniem o Klarę. Przypuszczałem, że wróciła do pracy naukowej.Stopniowo nadchodziły odpowiedzi. Klara Popielska? Nie, nic o niej nie wiedziano.Kochałem ją tak jak dawniej. Tylko że podczas okupacji moje zachowanie byłonieobliczalne. Poczucie degradacji, poniżenia, klęski, wszystko to doprowadziło do zachwiania mojej równowagi psychicznej. Obecnie zdawałemsobie sprawę, że na obojętność Klary reagawałem jak człowiek niezupełnienormalny. Musiałem budzić w niej niesmak, odrazę, lęk. Z perspektywy czasusam sobie wydawałem się ludzką karykaturą. Byłem chyba chory i mojehisteryczne załamania, moje obsesje wymagały interwencji neurologa, jeślinie psychiatry. Z uczuciem zażenowania wspominałem okupacyjne upadki,niepoczytalne wybryki, walkę z urojonymi demonami.Odkąd wróciłem do normalnego życia, z zapałem oddałem się pracy naukowej ispołecznej. Znów byłem sobą. Byłem człowiekiem. I moja miłość, mojatęsknota do Klary stała się zwyczajna. Ludzka.Nie ustawałem w poszukiwaniach. Dałem ogłoszenia do gazet, zwróciłem się opomoc do Czerwonego Krzyża. Niemożliwe było, aby Klara, dość znana jużprzed wojną jako bakteriolog, mogła zniknąć tak bez śladu.Aż nagle pewnego dnia zastałem na uniwersytecie list z Poznania odprofesora Turleja. W odpowiedzi na moje ogłoszenie, w lakonicznym, krótkimzdaniu, podał mi adres Klary bez jakichkolwiek bliższych informacji. Nocnym pociągiem wyruszyłem do Krakowa. Wczesnym rankiem, z biciem serca zadzwoniłem do mieszkania na ulicy Basztowej. Przez dłuższy czas nikt nie otwierał. Wreszcie zgrzytnął zamek i stara, zaspana kobieta, w poniemieckim kolejarskim płaszczu zamiast szlafrolka, uchylila drzwi. Była pełna nieprzezwyciężonego jeszcze okupacyjnego lęku:- O co chodzi? Co pan za jeden? Podałem moje imię i nazwisko.- A to pan jest bratem nieboszczyka Mariana? Córka jeszcze śpi, ale zarazją obudzę. Czekała na pana.Wprowadziła mnie do małego pokoiku, skąd pośpiesznie wyniosła zgarniętą zsofy pościel. Na ścianie wisiała akwarela Mariana z Taormimy, gdzie byliśmyrazem na rok przed wojną.Za oknem siąpił marcowy deszcz. W miarę oczekiwania rosła mojaniecierpliwość. Pojęcie upływu czasu nie jest jednoznaczne. Minuty bywająkrótsze i dłuższe. Niektóre trwają wieczność. Za chwilę miałem zobaczyćKlarę, ale ta chwila ciągnęła się w nieskończoność. Nie, to nie było dawnerozprzężenie nerwów. Stałem się normalnym człowiekiem i jak normalnyczłowiek przeżywałem emocję spotkania z ukochaną kobietą po latach rozłąki.Przypomniałem sobie, że jeden z moich znajomych, który wrócił po wojnie doWarszawy, z nadmiaru emocji umarł na lotnisku. Przez chwilę miałemwrażenie, że ze mną może stać się to samo.I wtedy weszła Kłara, i wyciągnęła do mnie obie ręce. Oboje byliśmywzruszeni i przejęci, oboje staraliśmy się rozpoznać na nowo znajome rysy.Słowa więzły nam w gardle, jak gdybyśmy się obawiali zacząć rozmowę zfałszywego tonu.Mógłbym powtórzyć tu zdanie, które umieściłem na początku mojej relacji:Klara była olśniewająco piękna. Czy była to jednak ta sama kobieta, którąwidziałem po raz ostatni w dniu jej ślubu z Marianem? Dostrzegłem, że jejzłociste włosy są z lekka osrebrzone. Promieniowanie oczu jak gdybyprzygasło, ale spojrzenie nabrało większej głębi. Wyraz twarzy nie posiadałjuż dawnej zmienności. Leżał na niej nieruchomy cień smutku i tylko kącikiust zdradzały melancholijny uśmiech.- Wróciłeś? - powiedziała niemal szeptem.- Wróciłem. Kazałaś czekać - czekałem.- Wierzyłam, że żyjesz... Musiałeś okropnie wycierpieć...- Wszystko minęło. Myśl o tobie dodawała mi sił do przetrwania.Pozwoliła mi się objąć i z westchnieniem przytuliła głowę do znojej piersi.Poczułem, jak serce we mnie ucicha i pierwszy raz odpoczywa po latachniepokoju i udręki.Wszystko stalo się proste, naturalne i zrozumiałe.- Cieszę się, że nie jesteś już taki roztrzęsiony, rozdygotany jak dawniej.Bałam się ciebie. Czy wiesz, że byłeś nieznośny? Nie mogłam przecież kochaćszaleńca.- A teraz?Klara spojrzała na mnie i w jej oczach wyczytałem odpowied1/4, na którączekałem całe lata.- Teraz zjemy śniadanie. Mama już pewnie nakryła do stołu.Spędziłem z Klarą cały dzień. A więc jednak to prawda, że serce kobietyzdobywa się uporem. Moje wytrwałe i wierne uczucie zostało nagrodzone. Gdywieczorem odjeżdżałem do Łodzi, zapytałem po prostu:- Czy teraz wyjdziesz za mnie?- Tak - odparła Klara.Wszystko stało się proste, łatwe, zrozumiałe.Obojgu nam potrzeba było sporo czasu na odtworzenie niezbędnych dokumentów.Mnie - w Warszawie, Klarze - w Krakawie.Po dziesięciu dniach znów udało mi się wyrwać z Łodzi, chaciaż Klaraprosiła w listach, żebym nie zaniedbywał dla niej swoich obowiązków, żebymbył cierpliwy i czekał na wezwanie od niej.Przyjechałem do Krakowa pełen radości i nadziei. Otworzyła mi drzwi jakaśobca kobieta.- Pani profesorowa jest w szpitalu.- A pani Klara?- Właśnie przy pani Klarze. Pani Klara miała jakąś operację.Złapałem dorożkę i popędzając sennego dorożkarza, zajechałem przed szpital.W zatłoczonych korytarzach snuły się postacie z zabandażowanymi głowami,nogami w gipsie, niektóre o kulach, inne podtrzymywane przez pielęgniarki.Z trudem, po długim, męczącym wyczekiwaniu udało mi się dotrzeć do lekarzadyżurnego. Czułem w skroniach nierówne pulsowanie, jak gdyby co chwilazatrzymywało się bicie serca.Lekarz spojrzał na mnie zza szkieł zmęczonymi oczami:- Klara Popielska? Tu takiej nie ma.- Może w takim razie Romanowska? Klara Romanowska?- A, tak... To ciężki przypadek. Musi pan porozumieć się z chirurgiem. Jestna obchodzie, ale za jakieś pół godziny znajdzie go pan w pokoju lekarskim.Proszę zapytać siostrę, ona panu wskaże. Ciężki przypadek... Do sali, gdzie leżała Klara, nie wolno było wchodzić. Poprosiłem jedną z pacjentek, żeby wywołała panią Popielską.Wyszła do mnie przygarbiona, w nie dopiętej sukni. Kosmyki siwych włosówspadały jej na oczy.- Po co pan przyszedł? - spytała szorstko. - Ona jest nieprzytomna. Kazałasię operować wbrew mojej woli. Kiedy jeszcze była dzieckiem, lekarzemówili, że taka operacja jest ryzykowna. Mogła z tym żyć do pó1/4nejstarości. Niech pan sobie stąd idzie. To wszystko przez pana.Odwróciła się i odeszła bez pożegnania. Przemierzałem korytarz, paląc jednego papierosa po drugim. Mózg miałemkompletnie sparaliżowany, nie mogłem zebrać myśli. Kotłowały mi się wgłowie urywki zdań: "Kiedy jeszcze była dzieckiem..." "Mogła z tym żyć..." "To wszystko przezpana..."Wreszcie udało mi się złapać chirurga. Był już w palcie. Podrapał sięzgiętym kciukiem w policzek, popatrzył na końce swoich butów, potem namnie, wreszcie spytał:- Czy pan jest krewnym?- Nie. Właśnie zamierzamy się pobrać.- Ach, tak. No cóż, mam nadzieję, że wszystko skończy się pomyślnie.Robimy, co w naszej mocy, zresztą, za jakąś godzinę będzie konsylium. Proszę zaczekać.Mijały godziny. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Na korytarzu zabłysłyoszczędne światła. Siedziałem otępiały i odprowadzałem wzrokiem zaaferowanych lekarzy. Specyficzny odór szpitalny przyprawiał mnie omdłości. Ten sam chirurg przechodząc zatrzymał się przede mną, jakby chciałcoś powiedzieć, ale wykonał tylko ręką nieokreślony gest i oddalił sięszybkim krokiem.Śmierć nastąpiła o godzinie siódmej. Czy ważne jest również to, że Klaraumarła siódmego kwietnia na sali numer siedem?Niebo nie pękło, świat się nie zawalił. I nawet ja żyję nadal. Ja, który,nie będąc mężem, zostałem wdowcem.Tym razem przegrałem wszystko. Los okazał się najbardziej wyrafinowanymszulerem.